niedziela, 22 kwietnia 2012


Miłosierdzie Boże

Kiedyś usłyszałam definicję: miłosierdzie to miłość pochylająca się. My często traktujemy ten termin na zasadzie miłosierdzie = litość, a litość kojarzymy z czymś, czego raczej wolimy nie doświadczać. A to dlatego, że ludzka litość nas upokarza. Gdy potrzebujemy pomocy od innych czujemy się gorsi, bo jest w nas pycha karząca nam myśleć, iż powinniśmy umieć sobie radzić sami. W przypadku Pana Boga te odczucia są trochę inne, bo i tak wszystko mamy i jesteśmy dzięki Niemu, ale też nie są zbyt miłe. Miłosierdzie Boże kojarzy nam się głównie z sytuacjami gdy stajemy przed Bogiem jako winni, a On nam nasze winy odpuszcza (to, że nie czujemy się wtedy komfortowo jest oczywiście też wynikiem naszej pychy: wolimy czuć się „w porządku”, niż musieć przepraszać).

Zdumiała mnie definicja słowa miłosierdzie ze Słownika Teologii Biblijnej (który napisał Xavier Leon-Dufour). Miłosierdzie wg tej książki to jakby spotkanie współczucia z wiernością. Jedno z hebrajskich słów jakie my tłumaczymy terminem miłosierdzie jest związane z instynktownym (macierzyńskim) przywiązaniem jednego stworzenia do drugiego. Jest to pełna czułości miłość, która wyraża się w konkretnych aktach współczucia gdy pojawi się jakaś tragiczna sytuacja. Drugi termin przez nas tłumaczony tak samo wyraża relację istot powiązanych obopólną wiernością.

Miłosierdzie więc to nie tylko wzruszenie się czyimś przykrym losem i pomoc okazana z litości. Miłosierdzie ma w sobie coś matczynego i ojcowskiego, zdolność do czułości i zdolność do wierności. Dlaczego to takie ważne?

My czasem lubimy powtarzać, ze miłość to decyzja, że można kogoś nawet nie lubić (tak emocjonalnie), a jednocześnie po chrześcijańsku go miłować - która to miłość wyraża się w życzliwości, modlitwie za tę osobę, pomocy, gdy jej potrzeba. I gdy potem słyszę o Bogu, że jest miłością, to myślę: no tak, jest, ale ta miłość jest taka daleka ode mnie jak daleki jest krzyż od pocałunku, ta miłość jest tak niezrozumiała, tak nas przekraczająca, że aż obca.

Tymczasem myśl, że Bóg jest miłosierdziem jest dla mnie odkrywaniem, że On jest nie tylko wierny (antropomorfizując: nie lubię Cię, ale miłuję, bo już tak mam, tak muszę), ale też czuły, zdolny do współodczuwania z nami (nawet stał się człowiekiem i może żywić względem nas nasze ludzkie uczucia). Jego zawiązek ze mną jest jak instynktowa więź matki z dzieckiem (tyle, że silniejszy, bo „choćby Matka opuściła…”). Jednocześnie On jest nie tylko czuły (współcierpię z Tobą, jestem z Tobą, cierpisz więc i ja z Tobą pocierpię), ale też wierny (będę we wszystkim współdziałać dla Twego dobra, nawet z cierpienia wyciągnę dla Ciebie dobro, nie będę tylko płakał nad Tobą, ale Ci pomogę). Niezłe co?!

niedziela, 8 kwietnia 2012


Wielka Niedziela

Wszystkim moim bliskim i dalszym życzę doświadczenia cudu Niedzieli. 

Gdy w nocy patrzyłam na Pana Jezusa to mimo irytacji z różnych powodów i zamieszania panującego na kościelnym chórze czułam, że jest mi dobrze. I chyba o to chodzi, by było nam dobrze w obliczu Boga, by pomimo zamieszania jakiego życie nam nie szczędzi, móc odnaleźć odpoczynek, uspokojenie w Jego obecności, choćby ledwo przeczuwanej.

Wielka Noc – od kiedy pierwszy raz przeżyłam w pełni całe Triduum zawsze był to dla mnie czas święty, czas cudów. I zawsze starałam się jak najlepiej go przeżyć, przeżyć tak mocno, jak za tym pierwszym razem. I nie wychodziło mi. Przez tyle lat. A w tę Noc na nowo doświadczyłam cudu uświadomienia sobie Jego obecności.

I tego Wam życzę, bo każdy z nas potrzebuje dla siebie cudu, choćby tak delikatnego, a może właśnie tak delikatnego, jak łagodny powiew wiatru.

sobota, 7 kwietnia 2012


WIELKA SOBOTA

Po jutrzni uklęknęłam przed Najświętszym Sakramentem i jeszcze raz dotknęłam swym malutkim rozumkiem co oznacza miłość Boga. Aby to napisać muszę zacząć od opisania ludzkiej kondycji.

Otóż gdy doświadczam jakiegoś poważnego braku miłości ze strony bliźnich to automatycznie odbiera mi to zdolność kochania. Nadal mogę miłować wolą, dobrze życzyć, modlić się za osobę, która mnie zraniła, ale jednocześnie nie mogę już jej kochać tzn. w każdym spotkaniu darzyć ciepłymi uczuciami, w sposób naturalny reagować radością na jej widok, chcieć z nią spędzać czas itd. Jestem więc wewnętrznie rozbita, moja wola może chcieć dobrze, ale moje emocje potrzebują czasu, potrzebują ukojenia, potrzebują zadośćuczynienia (choćby w formie jakiegoś dobrego słowa ku mnie skierowanego). Gdy tego ukojenia nie otrzymują to wiją się w bólu i nie ma we mnie spokoju, a za to jest skrywany żal. Tak łatwo wtedy o oskarżenia względem bliźniego-czasem nie koniecznie tego, który zranił – a potem o niszczące poczucie winy. To jest takie ludzkie. Nie jesteśmy jednością, grzech sprawia, że jesteśmy jakby rozbici. Nasze emocje są całkiem naturalne i starają się uchronić nas przed kolejnym zranieniem. Nie otworzę się już przed drugą osobą, nie powierzę jej już swych sekretów, nie zaufam tak dziecięco jak to było możliwe przed zranieniem. Cierpienie zadane przez drugiego człowieka nas niszczy, zniewala.

A teraz spojrzenie na Jezusa, w Nim jest jedność, w Nim nie ma „tak” i „nie”, w Nim miłość jest absolutna bo On tłumaczy swoich oprawców („nie wiedzą co czynią”) i nie ma zamiaru nic wypominać („jeszcze dziś ze mną będziesz w raju”). Powierza się do końca ludziom oddając ducha Ojcu, katują Go a On się powierza wciąż ufny jak dziecko… jak baranek na rzeź prowadzony. Wie, że zakatują Go na śmierć, cierpi, a nie ustaje w oddawaniu Siebie. Może (przecież był do końca człowiekiem) i u Niego emocje chciały krzyczeć „nie”, ale On tak przekształcił, tak przeistoczył człowieczeństwo, że patrzył życzliwie na tych, którzy patrzyli na Niego z nienawiścią. Każdy kogo spotkał kiedyś wzrok pełen nienawiści, a czasem tylko obojętności, wie że taki wzrok potrafi wryć się w pamięć, potrafi wzbudzić lęk albo agresję, potrafi niszczyć. Jaką miłość trzeba w sobie mieć by ofiarować Siebie takiej osobie! A przecież On to zrobił, przeżywał swą mękę jako ofiarę za tych, którzy Go katowali, pozwalał się męczyć – oddawał się w nasze ręce – w ten sposób oddając się Ojcu-bo wolą Ojca jest miłość i tylko miłość.

Przyjęcie Jezusa to przyjęcie Jego człowieczeństwa, nie chcę już być człowiekiem według swoich kryteriów i wyobrażeń, ale człowiekiem jakim On mnie zechce uczynić. Czy to nie jest przerażające? Czy ciarki nie przechodzą po plecach, że i my powołani jesteśmy do miłości nieprzyjaciół, że mamy jak ten baranek ufać, wciąż się otwierać, dzielić….

A jak przy tym nie zostać po prostu tzw. ofiarą losu? Jak przy tym zachować swoje granice? Myślę, że jeśli sami postanowimy sobie być doskonali to może nam z tego wyjść choroba psychiczna, ale On wie jak nas przemieniać w siebie, jak doprowadzić do tego by nawet stawianie innym granic było wyrazem miłości do nich, a nie lęku o siebie, jak doprowadzić do oddania się w ręce Ojca. Kto zdąży to osiągnąć za życia to po śmierci pójdzie prosto do nieba. Na szczęście Kościół Katolicki naucza, że istnieje czyściec dla tych, którzy nie zdążą.

niedziela, 25 marca 2012

O posłuszeństwie

Posłuszeństwo często nie kojarzy się z czymś dającym szczęście, wyzwalającym, radosnym. Kojarzy się raczej z obowiązkiem, trudem, rezygnacją.

Może wpływa na to fakt jak wygląda w człowieczej wersji ojcostwo. Ojciec musi być autorytetem, musi dbać o utrzymanie rodziny, musi cechować się pewną męską konsekwencją. A każdy z nas gdy przestaje być dzieckiem doświadcza potrzeby zaistnienia jako odrębna jednostka, potrzeby oderwania się od rodziców, od myślenia jak rodzice, postępowania jak rodzice, dążenia do tego, ku czemu dążą rodzice. Musimy rozsadzić system, w którym do tej pory żyliśmy, by zbudować swoją tożsamość, by odpowiedzieć sobie na pytanie kim jestem, kim chcę być. Chcąc nie chcąc istnieje w rozwoju człowieka etap, gdy odczuwa silny wewnętrzny przymus, by złamać zasadę posłuszeństwa wobec rodziców. W dojrzewanie wpisany jest konflikt z ojcem, który dąży do utrzymania swojego autorytetu, swojej rodzicielskiej władzy. I takie jest zwykle nasze doświadczenie ojcostwa. Chociaż w ostatnich czasach pewnie często bywa odwrotne: ojciec gazeciarz, który zrezygnował ze swojego autorytetu, który nie ma poglądów, który nie wymaga, przeciw któremu nie ma jak się zbuntować.

Ja czasem nie pojmuję czemu Bóg wszedł w ten schemat i przedstawił nam się jako Ojciec. Nie przypiszemy Mu bycia gazeciarzem więc chcąc nie chcąc przypisujemy Mu rolę strażnika moralności, apodyktycznego autorytetu, z którym się nie dyskutuje, który ma wszelką władzę, a my jesteśmy Mu winni posłuszeństwo.

Nie dziwne, że posłuszeństwo kojarzy się z przełamywaniem siebie, swojego buntu, swoich nieuporządkowanych i często szalonych pragnień oraz ze zdobywaniem pokory rozumianej jako uległość oraz rezygnacja z samodzielnego myślenia. I znajdziemy mnóstwo wypowiedzi różnych świętych i usłyszymy mnóstwo mądrych kazań, które zdają się kryć w sobie ten schemat. Kaznodziei zdaje się, że pięknie mówi, a w młodym lub nie całkiem młodym człowieku narasta bunt zmieszany z poczuciem winy i ta wybuchowa mieszanka skutecznie odsuwa go od Boga.

Zadałam dziś sobie pytanie czym jest chrześcijańskie posłuszeństwo. Skoro Słowo Boże mówi, że Chrystus nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał… brrrrrrrr.

Najpierw trzeba odpowiedzieć na pytanie co oznacza to słowo. Pomyślałam sobie prosto: posłuszeństwo to przyjęcie czyjejś woli. Dokonuje się ono z różnych motywacji: z lęku, z niepewności siebie (gdy nie wiemy czego chcemy najłatwiej zrobić to, czego chce ktoś inny) oraz z zaufania. Może jest więcej przyczyn przyjmowania tej postawy ale te trzy przyszły mi do głowy. I tak sobie myślę, że Panu Bogu nie jest obojętne jaka jest motywacja mojego posłuszeństwa. Dawniej (upraszczam - wiem, że nie tylko dawniej) wielu ludzi starało się zrealizować posłuszeństwo poprzez skrupulatne wypełnianie przykazań z powodu lęku przed potępieniem. Mądry święty Ignacy twierdził, ze taki powód lepszy niż żaden. Obecnie (znów upraszczam) jest sporo chrześcijan, którzy starają się realizować Bożą wolę dopóki jest to zgodne z ich odczuciami – tak przyjemnie jest czuć się dobrym człowiekiem. Jednak bez głębokiej motywacji (a za jej brak nie należy winić jedynie omawianych delikwentów) takie posłuszeństwo może skończyć się z chwilą, gdy pojawi się silne uczucie np. zakochanie. Bardzo szybko to nowe uczucie staje się ważniejsze od przykazań. Zostaje trzecia motywacja, realizowana w sposób naturalny przez małe dzieci, a i to nie zawsze. Zaufanie. Gdy mamy do kogoś zaufanie to łatwo nam czerpać z jego mądrości, chłoniemy jego rady, bez jakichś rozterek, niemal automatycznie, przyjmujemy poglądy tej osoby. Oczywiście mówię tu o zaufaniu do kogoś bardziej od nas doświadczonego, więcej wiedzącego i rozumiejącego.

Jeśli wierzę, że Bóg jest tym, który pragnie dla mnie dobra i tylko dobra, w którym jest wobec mnie miłość i tylko miłość, to zaufanie wyrażone pragnieniem spełnienia Bożej woli zdaje się czymś zupełnie naturalnym.
Jakże mała jest nasza wiara w miłość gdy Bożą wolą nazywamy tylko jakieś trudne i bolesne doświadczenia z naszego życia. 

Chrystus żyjąc jako człowiek nauczył się posłuszeństwa i gdybyśmy dalej przeczytali w dosłownym tłumaczeniu „uczyniony dojrzałym stał się dla wszystkich…”. My, ludzie skażeni grzechem braku zaufania, do posłuszeństwa musimy dojrzeć, do przyjęcia postawy dziecka Bożego musimy się zestarzeć, musimy przekroczyć swe bunty, znieść rozczarowania, nauczyć się pokory. Więc rację mają kaznodzieje mówiący o trudzie posłuszeństwa …, o ile nie zapomną powiedzieć najpierw o Miłości.

wtorek, 20 marca 2012


Jak mówić o Bogu?

Większość z moich znajomych zastanawiała się, a czasem nadal się zastanawia nad tym, jak to musiałam być poraniona, że ciągle zadaje tyle pytań o Boga, że nie umiem tak po prostu uwierzyć i cieszyć się wiarą tylko wciąż zadaję pytania i zastanawiam się.

Co oznacza być zbawionym? Czemu Jezus został zabity w tak okrutny sposób? Po co żyjemy na tym świecie? Co oznacza być dobrym człowiekiem? I tak dalej. I tak dalej.

Nie sądzę, że te mnożące się pytania są wynikiem jakiegoś poranienia czy braku doświadczenia Boga. Sądzę, że winien jest tutaj mój charakter i nasz kochany Kościół. Gdy słyszę jak kapłan w trakcie kazania mówi ludziom jak to cierpienie może prowadzić do rozwoju, albo że powinniśmy przestrzegać przykazań aby być szczęśliwymi to coś we mnie się skręca i skrzeczy. My, ludzie, wciąż usiłujemy być adwokatami Pana Boga. Sądzimy, że usprawiedliwimy Go jak wykażemy, że cierpienie jest potrzebne (wtedy zarzut, iż na nie pozwolił da się odrzucić), albo usprawiedliwimy Go jak wykażemy, że niepowodzenia życiowe to skutek braku wierności przykazaniom (i na dokładkę będziemy wtedy mogli się łudzić, że jak będziemy w miarę grzeczni, to może nieszczęścia nas jakoś ominą). 

A co na to Bóg? Czy Bóg potrzebuje adwokatów? Czy my musimy Go usprawiedliwiać? Sądzę, że tak naprawdę czynimy to dla siebie samych. My potrzebujemy Boga, potrzebujemy Komuś ufać, więc walczymy by ocalić wizerunek Boga w nas samych. I księża na kazaniach też to czynią. Choć rozumiem, że przykazania prowadzą do szczęścia, a Bóg nawet z cierpienia umie wyprowadzić dobro, to wzdragam się na myśl, że miałabym komuś, kto cierpi, opowiadać, że dzięki temu będzie dojrzalszy. Wzdragam się też przed głoszeniem obietnic jak to Bóg będzie tej osobie pomagał jeśli ona Mu zaufa. Taką mnie Boże stworzyłeś to taką mnie masz. Te wszystkie „adwokackie” kazania od zawsze tylko mnożyły moje pytania nie dając zadowalających odpowiedzi. Powiedziałabym wręcz, że czasem ukazywały mi one raczej słabość podstaw moich religijnych przekonań i bezsilność ludzi Kościoła w przekazywaniu Ewangelii.

Dostałam od jednej z bliskich mi osób książeczkę o pisaniu ciekawego bloga. Bardzo dziękuję, ale nie skorzystam z rad tam zawartych. Przeglądając zobaczyłam, że skupiają się one na tym, jak utrzymać uwagę jak największej liczby czytelników i nie stać się nudnym. A ja nie piszę by przykuć uwagę jak największej liczby czytelników, ja czuję potrzebę dzielenia się swoimi pytaniami i tymi odpowiedziami jakie zostały mi dane. A jak ktoś będzie miał potrzebę poczytania o tym, to może znajdzie coś dla siebie, może skomentuje. Tak czy siak ten blog nie będzie zapisem wydarzeń z mego życia, kochanym pamiętniczkiem czy jakąś formą ekshibicjonizmu sieciowego. Cenię ludzi, którzy umieją ciekawie pisać, dobrze że to robią, ale ja nie będę udawała dziennikarki bo nią nie jestem. Zasmuconych tym faktem z góry przepraszam. 

środa, 14 marca 2012


Cierpienie a miłość Boga

Jedni uważają, że Bóg jest zły bo na nie zezwala,  inni wynajdują usprawiedliwienia dla obecności cierpienia w świecie i w ten sposób usprawiedliwiają Boga, a jeszcze inni mówią, że to tajemnica, której do końca nie zrozumiemy więc lepiej się zająć pytaniem jak mam sobie poradzić ze swoim cierpieniem niż deliberować czemu ono w ogóle jest.

Ech, mi osobiście nie odpowiada żaden z wyżej opisanych poglądów. Oczywiście ten ostatni jest rozsądny i na pewno dobry, ale w człowieku jest coś takiego, że pragnie choć przeczuwać sens rzeczywistości, w której żyjemy; choć przeczuwać, że istnieje wytłumaczenie, które da się zrozumieć. Długo męczyły mnie pytania dotyczące cierpienia aż w końcu dostąpiłam tej łaski, że znalazłam proste rozumowanie, które mi pomaga. I nie ma ono nic wspólnego z wynajdowaniem usprawiedliwień dla istnienia cierpienia. Dla mnie cierpienie jest skutkiem zła. Żaden dobry Ojciec nie wymyśla dla swych dzieci cierpień, choćby  ostatecznie miały one zaowocować ich większą dojrzałością czy mądrością. Mam nadzieję, że Ojciec Niebieski też by takich metod wychowawczych nie pochwalił. Oczywiście Bóg sprawia, że nawet  cierpienie, skutek zła, może wydać dobre owoce w życiu konkretnego człowieka. Bóg umie ze wszystkiego wyciągnąć dla nas dobro, ale nie sądzę by planował jakby mi tu dowalić wyznając zasadę, że cel uświęca środki.

Jeden mądry Żyd opisał to tak, że źródłem problemu jest to, iż Bóg jest dobry i wszechmocny. Skoro jest dobry i wszechmocny to winien nie pozwalać na cierpienie, które jest złem. Skoro cierpienie jest obecne na tym świecie to albo Bóg nie może być dobry albo Bóg nie może być wszechmocny. 

Pomysł, że Bóg miałby być zły jest sam w sobie sprzecznością – istota najdoskonalsza i najwspanialsza nie może być zła, bo zło nie stwarza (nie tworzy tylko burzy) i nie jest piękne.

Pomysł, że Bóg miałby nie być wszechmocny także jest trudny do przyjęcia, taki Bóg nie byłby Bogiem. Tego typu myślenie może prowadzić do ateizmu lub politeizmu – może i są jakieś byty obdarzone większą od nas mocą, jakieś duchowe energie, ale nie ma istoty najwyższej, źródła i celu wszystkiego co istnieje.

Myślę, że chrześcijaństwo rozwiązuje ten dylemat w bardzo oryginalny sposób: Bóg jest dobry, jest Miłością. Jednocześnie Bóg jest wszechmocny, ale ponieważ nas umiłował stał się dla nas słaby, ograniczył swoją wszechmoc by uszanować naszą wolność. A my żeśmy wybrali, że bardziej od Bożej miłości jesteśmy zainteresowani poznaniem. Chcieliśmy poznać i dobro i zło. I jesteśmy na świecie gdzie jest obecne i dobro i zło. Możemy doświadczać jednego i drugiego. 

To nie tłumaczy wszystkiego. To nie wyjaśnia dlaczego starszy pan doznaje cudu uzdrowienia na jakiejś mszy z modlitwą, a jednocześnie w szpitalu umiera na raka niewinne dziecko.  To nie czyni wszystkiego jasnym, ale dla mnie ta myśl jest jak światełko w tunelu. Bóg stał się człowiekiem – On już tak ma, że w swej wszechmocy dla nas staje się słaby. Jest tak wszechmocny, że może i to, by stać się słabym. Bliskość z nami i uszanowanie naszej wolności jest dla Niego ważniejsze niż likwidacja cierpienia. Pewnie też dlatego, że ostatecznie On zlikwiduje cierpienie, otrze nasze łzy, tylko nie zawsze tak szybko jakbyśmy chcieli. No ale to ostatnie to już tajemnica. Nie wiemy dlaczego w konkretnych przypadkach jest tak, jak jest, i rzeczywiście zamiast pytać: "czemu?" lepiej skorzystać z zaoferowanej nam Bożej bliskości.

wtorek, 13 marca 2012




Skoro tak szybko otrzymałam odpowiedź na swoje zapytanie to warto pisać:) Ale dziś nie chcę poruszać jakichś poważnych problemów, czasem trzeba od nich odpocząć. W ramach odpoczynku z czułością patrzę na świat, który potrafi być taki puchaty.

niedziela, 11 marca 2012

Odpowiedź

Nie wiem czy mój ulubiony ksiądz przeczytał to, co napisałam wcześniej, ale dziś usłyszałam przepiękną konferencję na temat miłości do siebie. Ksiądz Sławek przede wszystkim zwrócił uwagę na źródło tej miłości. To nie tylko o to chodzi, że trzeba kochać siebie bo inaczej mamy problem z miłowaniem innych, to nie tylko takie psychologiczne stwierdzenie, że jak zadbam o siebie to mam więcej sił dla innych. To prawda, ale źródłem miłości do siebie jest dla nas miłość Boga. Skoro On nas uczynił, chciał, ukochał, to znaczy, że uznał nas godnymi miłości. Ktoś, kto nie kocha siebie, kto uważa, iż nie jest godny miłości, zachowuje się tak, jakby był mądrzejszy od samego Stwórcy. Bóg mówi: jesteś godzien miłości, a ja mu rzeknę: a właśnie, że nie!

Bardzo ważna w tym nauczaniu była dla mnie myśl o tym, że człowiek spełnia się w byciu darem. A więc miłowanie siebie to dążenie do tego by spełnić się w dawaniu siebie. Paradoksalnie, aby móc doświadczyć spełnienia, a co za tym idzie szczęścia, trzeba przestać się sobą zbytnio przejmować, przestać o sobie wkółko myśleć, przestać analizować swoją sytuację, a skupić się na innych, na tym, by stawać się dla nich darem. Dlatego Jezus mógł powiedzieć, że nawet siebie trzeba mieć w nienawiści ze względu na Niego – to specyficzny, ostry język Pisma, pokazujący na zasadzie kontrastu, że trzeba nam oderwać się od siebie, by doświadczyć prawdziwej miłości.

Aby być darem dla innych muszę uznać swoje obdarowanie. Aby rozwijać swoje obdarowanie muszę dbać o swe talenty czyli rozwijać umiejętności, troszczyć się o ducha, psychikę i ciało. Trzeba dbać o dar jaki się otrzymało i jakim się jest dla innych.

czwartek, 8 marca 2012

Kochać siebie – cóż to znaczy dla chrześcijanina? Z tego co czytałam – pewnie mało tego było i niezbyt reprezentatywne – wydaje mi się, że dawniej chrześcijanie rozumieli to tak, że kochać trzeba swoją duszę. Człowiek jest z natury skupiony na zaspokajaniu potrzeb i zachcianek ciała (w rozumieniu nie tylko sfery fizycznej ale też psychicznej). Gdy staramy się odwrócić od ciągłego zajęcia tymże ciałem w kierunku duszy to ustawiamy wszystko we właściwej hierarchii, o ciele i tak całkiem nie zapomnimy bo to nierealne, ale nie ono jest na pierwszym miejscu. Miłość siebie oznacza więc miłość duszy, a Bóg był nawet nazwany „miłośnikiem dusz”. Kochać swoją duszę to dbać o aspekt wewnętrzny życia i postępować zgodne z wymogami moralnymi, a to oznacza często zapieranie się siebie. Trzeba przezwyciężać swe lenistwo, bylejakość, dążenie do sukcesu i łatwego życia bez względu na moralne koszty. Gdy tak to rozumiemy jasne stają się dla nas fragmenty z Pisma mówiące o konieczności umierania sobie – kto przyjmie śmierć ten znajdzie życie. Odrzucenie swych zachcianek jest jakimś wejściem w rezygnację, a więc w umieranie, a to czyni się w tym celu by otworzyć się na zupełnie inny wymiar życia.
Tymczasem współczesny chrześcijanin styka się z wszechobecnym wezwaniem do miłowania swego ciała. I nie mówię tu tylko o świecie mediów, o świecie świeckim. To wezwanie jest obecne w Kościele. Mówi się wprost, że jeśli nie umiemy kochać siebie (i nie rozumie się pod tym pojęciem tylko duszy) to nie będziemy umieli kochać bliźnich. Zachęca się do dbania o swój wygląd, swój „image” (słowo próżność wyleciało z kaznodziejskiego słownika) oraz do dbania o swe potrzeby psychiczne. Zwłaszcza te drugie zdają się stanowić najważniejszy element życia – bez przerwy analizujemy jak się czujemy, co czujemy i co powinniśmy zrobić by czuć się lepiej, bo jak się w końcu tak super poczujemy to będziemy umieć bezproblemowo kochać innych ludzi. Jest sporo chrześcijańskiej literatury na ten temat. Ciągle słychać pytania o to czy dostatecznie doceniamy swoją wartość, czy się realizujemy, czy mamy pasje i zainteresowania, czy aby nie za bardzo skupiamy się na innych bo żyć mamy przede wszystkim dla siebie, bo swej wartości i spełnienia nie wolno szukać w innych, a tylko w sobie. To wszystko jest takie mądre i mądrze uzasadnione, nie tylko psychologicznie bo znaleziono też w Słowie Bożym fragmenty potwierdzające tą wielką wartość kochania siebie, ale jedno mnie nurtuje. Brak mi syntezy z dotychczasowym nauczaniem Kościoła, brak mi jakiejś jednolitej linii nauczania pozwalającej zrozumieć jak z chrześcijańskiego punktu widzenia winniśmy siebie traktować, brak mi dobrych kazań, których autorzy nie popadaliby w skrajności i uczyli realnej mądrości. Co znaczy kochać siebie to dla chrześcijanina bardzo trudne pytanie.

środa, 7 marca 2012

Zakładam ten blog by móc od czasu do czasu podzielić się swoimi przemyśleniami. To chyba dobra forma dzielenia bo daje absolutną wolność odbiorcy moich tekstów. Taki odbiorca nie będzie czuć się zmuszony do słuchania, do komentowania albo do nie komentowania itd. Ja też mam absolutną wolność dzielenia się albo nie dzielenia, mówienia o tym, o czym zechcę, czy ktoś chce mnie słuchać czy nie (w tym przypadku czytać:)). Dochodzę więc do wniosku, że to ciekawa forma dzielenia się i spróbuję zostać tzw. bloggerem (co za koszmarne określenie!