Ikona Chrystusa Radosnego
niedziela, 3 czerwca 2012
niedziela, 22 kwietnia 2012
Miłosierdzie Boże
Kiedyś usłyszałam definicję: miłosierdzie to miłość
pochylająca się. My często traktujemy ten termin na zasadzie miłosierdzie = litość,
a litość kojarzymy z czymś, czego raczej wolimy nie doświadczać. A to dlatego,
że ludzka litość nas upokarza. Gdy potrzebujemy pomocy od innych czujemy się gorsi,
bo jest w nas pycha karząca nam myśleć, iż powinniśmy umieć sobie radzić sami.
W przypadku Pana Boga te odczucia są trochę inne, bo i tak wszystko mamy i
jesteśmy dzięki Niemu, ale też nie są zbyt miłe. Miłosierdzie Boże kojarzy nam
się głównie z sytuacjami gdy stajemy przed Bogiem jako winni, a On nam nasze winy
odpuszcza (to, że nie czujemy się wtedy komfortowo jest oczywiście też wynikiem
naszej pychy: wolimy czuć się „w porządku”, niż musieć przepraszać).
Zdumiała mnie definicja słowa miłosierdzie ze Słownika
Teologii Biblijnej (który napisał Xavier Leon-Dufour). Miłosierdzie wg tej
książki to jakby spotkanie współczucia z wiernością. Jedno z hebrajskich słów
jakie my tłumaczymy terminem miłosierdzie jest związane z instynktownym
(macierzyńskim) przywiązaniem jednego stworzenia do drugiego. Jest to pełna czułości
miłość, która wyraża się w konkretnych aktach współczucia gdy pojawi się jakaś
tragiczna sytuacja. Drugi termin przez nas tłumaczony tak samo wyraża relację istot
powiązanych obopólną wiernością.
Miłosierdzie więc to nie tylko wzruszenie się czyimś
przykrym losem i pomoc okazana z litości. Miłosierdzie ma w sobie coś
matczynego i ojcowskiego, zdolność do czułości i zdolność do wierności. Dlaczego
to takie ważne?
My czasem lubimy powtarzać, ze miłość to decyzja, że można kogoś
nawet nie lubić (tak emocjonalnie), a jednocześnie po chrześcijańsku go miłować
- która to miłość wyraża się w życzliwości, modlitwie za tę osobę, pomocy, gdy
jej potrzeba. I gdy potem słyszę o Bogu, że jest miłością, to myślę: no tak,
jest, ale ta miłość jest taka daleka ode mnie jak daleki jest krzyż od
pocałunku, ta miłość jest tak niezrozumiała, tak nas przekraczająca, że aż
obca.
Tymczasem myśl, że Bóg jest miłosierdziem jest dla mnie
odkrywaniem, że On jest nie tylko wierny (antropomorfizując: nie lubię Cię, ale
miłuję, bo już tak mam, tak muszę), ale też czuły, zdolny do współodczuwania z
nami (nawet stał się człowiekiem i może żywić względem nas nasze ludzkie uczucia). Jego
zawiązek ze mną jest jak instynktowa więź matki z dzieckiem (tyle, że
silniejszy, bo „choćby Matka opuściła…”). Jednocześnie On jest nie tylko czuły
(współcierpię z Tobą, jestem z Tobą, cierpisz więc i ja z Tobą pocierpię), ale
też wierny (będę we wszystkim współdziałać dla Twego dobra, nawet z cierpienia wyciągnę
dla Ciebie dobro, nie będę tylko płakał nad Tobą, ale Ci pomogę). Niezłe co?!
niedziela, 8 kwietnia 2012
Wielka Niedziela
Wszystkim moim
bliskim i dalszym życzę doświadczenia cudu Niedzieli.
Gdy w nocy patrzyłam na
Pana Jezusa to mimo irytacji z różnych powodów i zamieszania panującego na kościelnym
chórze czułam, że jest mi dobrze. I chyba o to chodzi, by było nam dobrze w
obliczu Boga, by pomimo zamieszania jakiego życie nam nie szczędzi, móc
odnaleźć odpoczynek, uspokojenie w Jego obecności, choćby ledwo przeczuwanej.
Wielka Noc – od kiedy
pierwszy raz przeżyłam w pełni całe Triduum zawsze był to dla mnie czas święty,
czas cudów. I zawsze starałam się jak najlepiej go przeżyć, przeżyć tak mocno,
jak za tym pierwszym razem. I nie wychodziło mi. Przez tyle lat. A w tę Noc na
nowo doświadczyłam cudu uświadomienia sobie Jego obecności.
I tego Wam życzę, bo
każdy z nas potrzebuje dla siebie cudu, choćby tak delikatnego, a może właśnie
tak delikatnego, jak łagodny powiew wiatru.
sobota, 7 kwietnia 2012
WIELKA SOBOTA
Po jutrzni uklęknęłam przed Najświętszym Sakramentem i
jeszcze raz dotknęłam swym malutkim rozumkiem co oznacza miłość Boga. Aby to napisać
muszę zacząć od opisania ludzkiej kondycji.
Otóż gdy doświadczam jakiegoś poważnego braku miłości ze
strony bliźnich to automatycznie odbiera mi to zdolność kochania. Nadal mogę
miłować wolą, dobrze życzyć, modlić się za osobę, która mnie zraniła, ale
jednocześnie nie mogę już jej kochać tzn. w każdym spotkaniu darzyć ciepłymi
uczuciami, w sposób naturalny reagować radością na jej widok, chcieć z nią
spędzać czas itd. Jestem więc wewnętrznie rozbita, moja wola może chcieć dobrze,
ale moje emocje potrzebują czasu, potrzebują ukojenia, potrzebują zadośćuczynienia
(choćby w formie jakiegoś dobrego słowa ku mnie skierowanego). Gdy tego
ukojenia nie otrzymują to wiją się w bólu i nie ma we mnie spokoju, a za to jest
skrywany żal. Tak łatwo wtedy o oskarżenia względem bliźniego-czasem nie
koniecznie tego, który zranił – a potem o niszczące poczucie winy. To jest
takie ludzkie. Nie jesteśmy jednością, grzech sprawia, że jesteśmy jakby
rozbici. Nasze emocje są całkiem naturalne i starają się uchronić nas przed
kolejnym zranieniem. Nie otworzę się już przed drugą osobą, nie powierzę jej
już swych sekretów, nie zaufam tak dziecięco jak to było możliwe przed
zranieniem. Cierpienie zadane przez drugiego człowieka nas niszczy, zniewala.
A teraz spojrzenie na Jezusa, w Nim jest jedność, w Nim nie
ma „tak” i „nie”, w Nim miłość jest absolutna bo On tłumaczy swoich oprawców („nie
wiedzą co czynią”) i nie ma zamiaru nic wypominać („jeszcze dziś ze mną
będziesz w raju”). Powierza się do końca ludziom oddając ducha Ojcu, katują Go
a On się powierza wciąż ufny jak dziecko… jak baranek na rzeź prowadzony. Wie,
że zakatują Go na śmierć, cierpi, a nie ustaje w oddawaniu Siebie. Może
(przecież był do końca człowiekiem) i u Niego emocje chciały krzyczeć „nie”,
ale On tak przekształcił, tak przeistoczył człowieczeństwo, że patrzył
życzliwie na tych, którzy patrzyli na Niego z nienawiścią. Każdy kogo spotkał
kiedyś wzrok pełen nienawiści, a czasem tylko obojętności, wie że taki wzrok
potrafi wryć się w pamięć, potrafi wzbudzić lęk albo agresję, potrafi niszczyć.
Jaką miłość trzeba w sobie mieć by ofiarować Siebie takiej osobie! A przecież
On to zrobił, przeżywał swą mękę jako ofiarę za tych, którzy Go katowali, pozwalał
się męczyć – oddawał się w nasze ręce – w ten sposób oddając się Ojcu-bo wolą
Ojca jest miłość i tylko miłość.
Przyjęcie Jezusa to przyjęcie Jego człowieczeństwa, nie chcę
już być człowiekiem według swoich kryteriów i wyobrażeń, ale człowiekiem jakim
On mnie zechce uczynić. Czy to nie jest przerażające? Czy ciarki nie przechodzą
po plecach, że i my powołani jesteśmy do miłości nieprzyjaciół, że mamy jak ten
baranek ufać, wciąż się otwierać, dzielić….
A jak przy tym nie zostać po prostu tzw. ofiarą losu? Jak
przy tym zachować swoje granice? Myślę, że jeśli sami postanowimy sobie być
doskonali to może nam z tego wyjść choroba psychiczna, ale On wie jak nas
przemieniać w siebie, jak doprowadzić do tego by nawet stawianie innym granic
było wyrazem miłości do nich, a nie lęku o siebie, jak doprowadzić do oddania
się w ręce Ojca. Kto zdąży to osiągnąć za życia to po śmierci pójdzie prosto do
nieba. Na szczęście Kościół Katolicki naucza, że istnieje czyściec dla tych,
którzy nie zdążą.
niedziela, 25 marca 2012
O posłuszeństwie
Posłuszeństwo często nie kojarzy się z czymś dającym
szczęście, wyzwalającym, radosnym. Kojarzy się raczej z obowiązkiem, trudem,
rezygnacją.
Może wpływa na to fakt jak wygląda w człowieczej wersji
ojcostwo. Ojciec musi być autorytetem, musi dbać o utrzymanie rodziny, musi
cechować się pewną męską konsekwencją. A każdy z nas gdy przestaje być
dzieckiem doświadcza potrzeby zaistnienia jako odrębna jednostka, potrzeby
oderwania się od rodziców, od myślenia jak rodzice, postępowania jak rodzice,
dążenia do tego, ku czemu dążą rodzice. Musimy rozsadzić system, w którym do
tej pory żyliśmy, by zbudować swoją tożsamość, by odpowiedzieć sobie na pytanie
kim jestem, kim chcę być. Chcąc nie chcąc istnieje w rozwoju człowieka etap,
gdy odczuwa silny wewnętrzny przymus, by złamać zasadę posłuszeństwa wobec
rodziców. W dojrzewanie wpisany jest konflikt z ojcem, który dąży do utrzymania
swojego autorytetu, swojej rodzicielskiej władzy. I takie jest zwykle nasze
doświadczenie ojcostwa. Chociaż w ostatnich czasach pewnie często bywa odwrotne:
ojciec gazeciarz, który zrezygnował ze swojego autorytetu, który nie ma
poglądów, który nie wymaga, przeciw któremu nie ma jak się zbuntować.
Ja czasem nie pojmuję czemu Bóg wszedł w ten schemat i
przedstawił nam się jako Ojciec. Nie przypiszemy Mu bycia gazeciarzem więc
chcąc nie chcąc przypisujemy Mu rolę strażnika moralności, apodyktycznego
autorytetu, z którym się nie dyskutuje, który ma wszelką władzę, a my jesteśmy
Mu winni posłuszeństwo.
Nie dziwne, że posłuszeństwo kojarzy się z przełamywaniem
siebie, swojego buntu, swoich nieuporządkowanych i często szalonych pragnień
oraz ze zdobywaniem pokory rozumianej jako uległość oraz rezygnacja z
samodzielnego myślenia. I znajdziemy mnóstwo wypowiedzi różnych świętych i
usłyszymy mnóstwo mądrych kazań, które zdają się kryć w sobie ten schemat.
Kaznodziei zdaje się, że pięknie mówi, a w młodym lub nie całkiem młodym człowieku
narasta bunt zmieszany z poczuciem winy i ta wybuchowa mieszanka skutecznie odsuwa
go od Boga.
Zadałam dziś sobie pytanie czym jest chrześcijańskie posłuszeństwo.
Skoro Słowo Boże mówi, że Chrystus nauczył się posłuszeństwa przez to, co
wycierpiał… brrrrrrrr.
Najpierw trzeba odpowiedzieć na pytanie co oznacza to słowo.
Pomyślałam sobie prosto: posłuszeństwo to przyjęcie czyjejś woli. Dokonuje się
ono z różnych motywacji: z lęku, z niepewności siebie (gdy nie wiemy czego
chcemy najłatwiej zrobić to, czego chce ktoś inny) oraz z zaufania. Może jest
więcej przyczyn przyjmowania tej postawy ale te trzy przyszły mi do głowy. I tak
sobie myślę, że Panu Bogu nie jest obojętne jaka jest motywacja mojego
posłuszeństwa. Dawniej (upraszczam - wiem, że nie tylko dawniej) wielu ludzi
starało się zrealizować posłuszeństwo poprzez skrupulatne wypełnianie przykazań
z powodu lęku przed potępieniem. Mądry święty Ignacy twierdził, ze taki powód
lepszy niż żaden. Obecnie (znów upraszczam) jest sporo chrześcijan, którzy
starają się realizować Bożą wolę dopóki jest to zgodne z ich odczuciami – tak przyjemnie
jest czuć się dobrym człowiekiem. Jednak bez głębokiej motywacji (a za jej brak
nie należy winić jedynie omawianych delikwentów) takie posłuszeństwo może skończyć
się z chwilą, gdy pojawi się silne uczucie np. zakochanie. Bardzo szybko to nowe
uczucie staje się ważniejsze od przykazań. Zostaje trzecia motywacja,
realizowana w sposób naturalny przez małe dzieci, a i to nie zawsze. Zaufanie.
Gdy mamy do kogoś zaufanie to łatwo nam czerpać z jego mądrości, chłoniemy jego
rady, bez jakichś rozterek, niemal automatycznie, przyjmujemy poglądy tej osoby.
Oczywiście mówię tu o zaufaniu do kogoś bardziej od nas doświadczonego, więcej
wiedzącego i rozumiejącego.
Jeśli wierzę, że Bóg jest tym, który pragnie dla
mnie dobra i tylko dobra, w którym jest wobec mnie miłość i tylko miłość, to
zaufanie wyrażone pragnieniem spełnienia Bożej woli zdaje się czymś zupełnie
naturalnym.
Jakże mała jest nasza wiara w miłość gdy Bożą wolą nazywamy tylko
jakieś trudne i bolesne doświadczenia z naszego życia.
Chrystus żyjąc jako człowiek nauczył się posłuszeństwa i
gdybyśmy dalej przeczytali w dosłownym tłumaczeniu „uczyniony dojrzałym stał
się dla wszystkich…”. My, ludzie skażeni grzechem braku zaufania, do
posłuszeństwa musimy dojrzeć, do przyjęcia postawy dziecka Bożego musimy się
zestarzeć, musimy przekroczyć swe bunty, znieść rozczarowania, nauczyć się
pokory. Więc rację mają kaznodzieje mówiący o trudzie posłuszeństwa …, o ile
nie zapomną powiedzieć najpierw o Miłości.
wtorek, 20 marca 2012
Jak mówić o Bogu?
Większość z moich znajomych zastanawiała się, a czasem nadal
się zastanawia nad tym, jak to musiałam być poraniona, że ciągle zadaje tyle
pytań o Boga, że nie umiem tak po prostu uwierzyć i cieszyć się wiarą tylko wciąż
zadaję pytania i zastanawiam się.
Co oznacza być zbawionym? Czemu Jezus został zabity w tak okrutny
sposób? Po co żyjemy na tym świecie? Co oznacza być dobrym człowiekiem? I tak
dalej. I tak dalej.
Nie sądzę, że te mnożące się pytania są wynikiem jakiegoś
poranienia czy braku doświadczenia Boga. Sądzę, że winien jest tutaj mój
charakter i nasz kochany Kościół. Gdy słyszę jak kapłan w trakcie kazania mówi
ludziom jak to cierpienie może prowadzić do rozwoju, albo że powinniśmy przestrzegać
przykazań aby być szczęśliwymi to coś we mnie się skręca i skrzeczy. My, ludzie,
wciąż usiłujemy być adwokatami Pana Boga. Sądzimy, że usprawiedliwimy Go jak
wykażemy, że cierpienie jest potrzebne (wtedy zarzut, iż na nie pozwolił da się
odrzucić), albo usprawiedliwimy Go jak wykażemy, że niepowodzenia życiowe to skutek
braku wierności przykazaniom (i na dokładkę będziemy wtedy mogli się łudzić, że
jak będziemy w miarę grzeczni, to może nieszczęścia nas jakoś ominą).
A co na
to Bóg? Czy Bóg potrzebuje adwokatów? Czy my musimy Go
usprawiedliwiać? Sądzę, że tak naprawdę czynimy to dla siebie samych. My
potrzebujemy Boga, potrzebujemy Komuś ufać, więc walczymy by ocalić wizerunek
Boga w nas samych. I księża na kazaniach też to czynią. Choć rozumiem, że przykazania prowadzą do szczęścia, a Bóg nawet z cierpienia umie wyprowadzić dobro, to wzdragam się na
myśl, że miałabym komuś, kto cierpi, opowiadać, że dzięki temu będzie
dojrzalszy. Wzdragam się też przed głoszeniem obietnic jak to Bóg będzie tej osobie
pomagał jeśli ona Mu zaufa. Taką mnie Boże stworzyłeś to taką mnie masz. Te wszystkie „adwokackie”
kazania od zawsze tylko mnożyły moje pytania nie dając zadowalających
odpowiedzi. Powiedziałabym wręcz, że czasem ukazywały mi one raczej słabość
podstaw moich religijnych przekonań i bezsilność ludzi Kościoła w przekazywaniu
Ewangelii.
Dostałam od jednej z bliskich mi osób książeczkę o pisaniu
ciekawego bloga. Bardzo dziękuję, ale nie skorzystam z rad tam zawartych. Przeglądając zobaczyłam, że skupiają się one na tym, jak utrzymać uwagę jak
największej liczby czytelników i nie stać się nudnym. A ja nie piszę by przykuć
uwagę jak największej liczby czytelników, ja czuję potrzebę dzielenia się
swoimi pytaniami i tymi odpowiedziami jakie zostały mi dane. A jak ktoś będzie
miał potrzebę poczytania o tym, to może znajdzie coś dla siebie, może
skomentuje. Tak czy siak ten blog nie będzie zapisem wydarzeń z mego życia,
kochanym pamiętniczkiem czy jakąś formą ekshibicjonizmu sieciowego. Cenię
ludzi, którzy umieją ciekawie pisać, dobrze że to robią, ale ja nie będę
udawała dziennikarki bo nią nie jestem. Zasmuconych tym faktem z góry przepraszam.
środa, 14 marca 2012
Cierpienie a miłość Boga
Jedni uważają, że Bóg jest zły bo na nie zezwala, inni wynajdują usprawiedliwienia dla obecności
cierpienia w świecie i w ten sposób usprawiedliwiają Boga, a jeszcze inni
mówią, że to tajemnica, której do końca nie zrozumiemy więc lepiej się zająć
pytaniem jak mam sobie poradzić ze swoim cierpieniem niż deliberować czemu ono w
ogóle jest.
Ech, mi osobiście nie odpowiada żaden z wyżej opisanych
poglądów. Oczywiście ten ostatni jest rozsądny i na pewno dobry, ale w
człowieku jest coś takiego, że pragnie choć przeczuwać sens rzeczywistości, w
której żyjemy; choć przeczuwać, że istnieje wytłumaczenie, które da się
zrozumieć. Długo męczyły mnie pytania dotyczące cierpienia aż w końcu
dostąpiłam tej łaski, że znalazłam proste rozumowanie, które mi pomaga. I nie
ma ono nic wspólnego z wynajdowaniem usprawiedliwień dla istnienia cierpienia.
Dla mnie cierpienie jest skutkiem zła. Żaden dobry Ojciec nie wymyśla dla swych
dzieci cierpień, choćby ostatecznie miały
one zaowocować ich większą dojrzałością czy mądrością. Mam nadzieję, że Ojciec
Niebieski też by takich metod wychowawczych nie pochwalił. Oczywiście Bóg
sprawia, że nawet cierpienie, skutek
zła, może wydać dobre owoce w życiu konkretnego człowieka. Bóg umie ze
wszystkiego wyciągnąć dla nas dobro, ale nie sądzę by planował jakby mi tu
dowalić wyznając zasadę, że cel uświęca środki.
Jeden mądry Żyd opisał to tak, że źródłem problemu jest to, iż
Bóg jest dobry i wszechmocny. Skoro jest dobry i wszechmocny to winien nie
pozwalać na cierpienie, które jest złem. Skoro cierpienie jest obecne na tym
świecie to albo Bóg nie może być dobry albo Bóg nie może być wszechmocny.
Pomysł, że Bóg miałby być zły jest sam w sobie sprzecznością
– istota najdoskonalsza i najwspanialsza nie może być zła, bo zło nie stwarza (nie
tworzy tylko burzy) i nie jest piękne.
Pomysł, że Bóg miałby nie być wszechmocny także jest trudny
do przyjęcia, taki Bóg nie byłby Bogiem. Tego typu myślenie może prowadzić do
ateizmu lub politeizmu – może i są jakieś byty obdarzone większą od nas mocą,
jakieś duchowe energie, ale nie ma istoty najwyższej, źródła i celu wszystkiego
co istnieje.
Myślę, że chrześcijaństwo rozwiązuje ten dylemat w bardzo
oryginalny sposób: Bóg jest dobry, jest Miłością. Jednocześnie Bóg jest
wszechmocny, ale ponieważ nas umiłował stał się dla nas słaby, ograniczył swoją
wszechmoc by uszanować naszą wolność. A my żeśmy wybrali, że bardziej od Bożej
miłości jesteśmy zainteresowani poznaniem. Chcieliśmy poznać i dobro i zło. I jesteśmy
na świecie gdzie jest obecne i dobro i zło. Możemy doświadczać jednego i
drugiego.
To nie tłumaczy wszystkiego. To nie wyjaśnia dlaczego starszy pan doznaje cudu
uzdrowienia na jakiejś mszy z modlitwą, a jednocześnie w szpitalu umiera na
raka niewinne dziecko. To nie czyni
wszystkiego jasnym, ale dla mnie ta myśl jest jak światełko w tunelu. Bóg stał
się człowiekiem – On już tak ma, że w swej wszechmocy dla nas staje się słaby.
Jest tak wszechmocny, że może i to, by stać się słabym. Bliskość z nami i uszanowanie naszej wolności jest dla Niego ważniejsze niż likwidacja cierpienia. Pewnie też dlatego, że ostatecznie On zlikwiduje cierpienie, otrze nasze łzy, tylko nie zawsze tak szybko jakbyśmy chcieli. No ale to ostatnie to już tajemnica. Nie wiemy dlaczego w konkretnych przypadkach jest tak, jak jest, i rzeczywiście zamiast pytać: "czemu?" lepiej skorzystać z zaoferowanej nam Bożej bliskości.
wtorek, 13 marca 2012
niedziela, 11 marca 2012
Odpowiedź
Nie wiem czy mój ulubiony ksiądz przeczytał to, co napisałam wcześniej, ale dziś usłyszałam przepiękną konferencję na temat miłości do siebie. Ksiądz Sławek przede wszystkim zwrócił uwagę na źródło tej miłości. To nie tylko o to chodzi, że trzeba kochać siebie bo inaczej mamy problem z miłowaniem innych, to nie tylko takie psychologiczne stwierdzenie, że jak zadbam o siebie to mam więcej sił dla innych. To prawda, ale źródłem miłości do siebie jest dla nas miłość Boga. Skoro On nas uczynił, chciał, ukochał, to znaczy, że uznał nas godnymi miłości. Ktoś, kto nie kocha siebie, kto uważa, iż nie jest godny miłości, zachowuje się tak, jakby był mądrzejszy od samego Stwórcy. Bóg mówi: jesteś godzien miłości, a ja mu rzeknę: a właśnie, że nie!
Bardzo ważna w tym nauczaniu była dla mnie myśl o tym, że człowiek spełnia się w byciu darem. A więc miłowanie siebie to dążenie do tego by spełnić się w dawaniu siebie. Paradoksalnie, aby móc doświadczyć spełnienia, a co za tym idzie szczęścia, trzeba przestać się sobą zbytnio przejmować, przestać o sobie wkółko myśleć, przestać analizować swoją sytuację, a skupić się na innych, na tym, by stawać się dla nich darem. Dlatego Jezus mógł powiedzieć, że nawet siebie trzeba mieć w nienawiści ze względu na Niego – to specyficzny, ostry język Pisma, pokazujący na zasadzie kontrastu, że trzeba nam oderwać się od siebie, by doświadczyć prawdziwej miłości.
Aby być darem dla innych muszę uznać swoje obdarowanie. Aby rozwijać swoje obdarowanie muszę dbać o swe talenty czyli rozwijać umiejętności, troszczyć się o ducha, psychikę i ciało. Trzeba dbać o dar jaki się otrzymało i jakim się jest dla innych.
Nie wiem czy mój ulubiony ksiądz przeczytał to, co napisałam wcześniej, ale dziś usłyszałam przepiękną konferencję na temat miłości do siebie. Ksiądz Sławek przede wszystkim zwrócił uwagę na źródło tej miłości. To nie tylko o to chodzi, że trzeba kochać siebie bo inaczej mamy problem z miłowaniem innych, to nie tylko takie psychologiczne stwierdzenie, że jak zadbam o siebie to mam więcej sił dla innych. To prawda, ale źródłem miłości do siebie jest dla nas miłość Boga. Skoro On nas uczynił, chciał, ukochał, to znaczy, że uznał nas godnymi miłości. Ktoś, kto nie kocha siebie, kto uważa, iż nie jest godny miłości, zachowuje się tak, jakby był mądrzejszy od samego Stwórcy. Bóg mówi: jesteś godzien miłości, a ja mu rzeknę: a właśnie, że nie!
Bardzo ważna w tym nauczaniu była dla mnie myśl o tym, że człowiek spełnia się w byciu darem. A więc miłowanie siebie to dążenie do tego by spełnić się w dawaniu siebie. Paradoksalnie, aby móc doświadczyć spełnienia, a co za tym idzie szczęścia, trzeba przestać się sobą zbytnio przejmować, przestać o sobie wkółko myśleć, przestać analizować swoją sytuację, a skupić się na innych, na tym, by stawać się dla nich darem. Dlatego Jezus mógł powiedzieć, że nawet siebie trzeba mieć w nienawiści ze względu na Niego – to specyficzny, ostry język Pisma, pokazujący na zasadzie kontrastu, że trzeba nam oderwać się od siebie, by doświadczyć prawdziwej miłości.
Aby być darem dla innych muszę uznać swoje obdarowanie. Aby rozwijać swoje obdarowanie muszę dbać o swe talenty czyli rozwijać umiejętności, troszczyć się o ducha, psychikę i ciało. Trzeba dbać o dar jaki się otrzymało i jakim się jest dla innych.
czwartek, 8 marca 2012
Kochać siebie – cóż to znaczy dla chrześcijanina? Z tego co
czytałam – pewnie mało tego było i niezbyt reprezentatywne – wydaje mi się, że
dawniej chrześcijanie rozumieli to tak, że kochać trzeba swoją duszę. Człowiek jest
z natury skupiony na zaspokajaniu potrzeb i zachcianek ciała (w rozumieniu nie
tylko sfery fizycznej ale też psychicznej). Gdy staramy się odwrócić od ciągłego
zajęcia tymże ciałem w kierunku duszy to ustawiamy wszystko we właściwej
hierarchii, o ciele i tak całkiem nie zapomnimy bo to nierealne, ale nie ono jest
na pierwszym miejscu. Miłość siebie oznacza więc miłość duszy, a Bóg był nawet nazwany
„miłośnikiem dusz”. Kochać swoją duszę to dbać o aspekt wewnętrzny życia i
postępować zgodne z wymogami moralnymi, a to oznacza często zapieranie się
siebie. Trzeba przezwyciężać swe lenistwo, bylejakość, dążenie do sukcesu i
łatwego życia bez względu na moralne koszty. Gdy tak to rozumiemy jasne stają
się dla nas fragmenty z Pisma mówiące o konieczności umierania sobie – kto przyjmie
śmierć ten znajdzie życie. Odrzucenie swych zachcianek jest jakimś wejściem w
rezygnację, a więc w umieranie, a to czyni się w tym celu by otworzyć się na
zupełnie inny wymiar życia.
Tymczasem współczesny chrześcijanin styka się z wszechobecnym
wezwaniem do miłowania swego ciała. I nie mówię tu tylko o świecie mediów, o
świecie świeckim. To wezwanie jest obecne w Kościele. Mówi się wprost, że jeśli
nie umiemy kochać siebie (i nie rozumie się pod tym pojęciem tylko duszy) to
nie będziemy umieli kochać bliźnich. Zachęca się do dbania o swój wygląd, swój „image”
(słowo próżność wyleciało z kaznodziejskiego słownika) oraz do dbania o swe
potrzeby psychiczne. Zwłaszcza te drugie zdają się stanowić najważniejszy
element życia – bez przerwy analizujemy jak się czujemy, co czujemy i co
powinniśmy zrobić by czuć się lepiej, bo jak się w końcu tak super poczujemy to
będziemy umieć bezproblemowo kochać innych ludzi. Jest sporo chrześcijańskiej
literatury na ten temat. Ciągle słychać pytania o to czy dostatecznie doceniamy
swoją wartość, czy się realizujemy, czy mamy pasje i zainteresowania, czy aby
nie za bardzo skupiamy się na innych bo żyć mamy przede wszystkim dla siebie,
bo swej wartości i spełnienia nie wolno szukać w innych, a tylko w sobie. To
wszystko jest takie mądre i mądrze uzasadnione, nie tylko psychologicznie bo
znaleziono też w Słowie Bożym fragmenty potwierdzające tą wielką wartość
kochania siebie, ale jedno mnie nurtuje. Brak mi syntezy z dotychczasowym
nauczaniem Kościoła, brak mi jakiejś jednolitej linii nauczania pozwalającej zrozumieć
jak z chrześcijańskiego punktu widzenia winniśmy siebie traktować, brak mi
dobrych kazań, których autorzy nie popadaliby w skrajności i uczyli realnej
mądrości. Co znaczy kochać siebie to dla chrześcijanina bardzo trudne pytanie.
środa, 7 marca 2012
Zakładam ten blog by móc od czasu do czasu podzielić się swoimi przemyśleniami. To chyba dobra forma dzielenia bo daje absolutną wolność odbiorcy moich tekstów. Taki odbiorca nie będzie czuć się zmuszony do słuchania, do komentowania albo do nie komentowania itd. Ja też mam absolutną wolność dzielenia się albo nie dzielenia, mówienia o tym, o czym zechcę, czy ktoś chce mnie słuchać czy nie (w tym przypadku czytać:)). Dochodzę więc do wniosku, że to ciekawa forma dzielenia się i spróbuję zostać tzw. bloggerem (co za koszmarne określenie!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



