Cierpienie a miłość Boga
Jedni uważają, że Bóg jest zły bo na nie zezwala, inni wynajdują usprawiedliwienia dla obecności
cierpienia w świecie i w ten sposób usprawiedliwiają Boga, a jeszcze inni
mówią, że to tajemnica, której do końca nie zrozumiemy więc lepiej się zająć
pytaniem jak mam sobie poradzić ze swoim cierpieniem niż deliberować czemu ono w
ogóle jest.
Ech, mi osobiście nie odpowiada żaden z wyżej opisanych
poglądów. Oczywiście ten ostatni jest rozsądny i na pewno dobry, ale w
człowieku jest coś takiego, że pragnie choć przeczuwać sens rzeczywistości, w
której żyjemy; choć przeczuwać, że istnieje wytłumaczenie, które da się
zrozumieć. Długo męczyły mnie pytania dotyczące cierpienia aż w końcu
dostąpiłam tej łaski, że znalazłam proste rozumowanie, które mi pomaga. I nie
ma ono nic wspólnego z wynajdowaniem usprawiedliwień dla istnienia cierpienia.
Dla mnie cierpienie jest skutkiem zła. Żaden dobry Ojciec nie wymyśla dla swych
dzieci cierpień, choćby ostatecznie miały
one zaowocować ich większą dojrzałością czy mądrością. Mam nadzieję, że Ojciec
Niebieski też by takich metod wychowawczych nie pochwalił. Oczywiście Bóg
sprawia, że nawet cierpienie, skutek
zła, może wydać dobre owoce w życiu konkretnego człowieka. Bóg umie ze
wszystkiego wyciągnąć dla nas dobro, ale nie sądzę by planował jakby mi tu
dowalić wyznając zasadę, że cel uświęca środki.
Jeden mądry Żyd opisał to tak, że źródłem problemu jest to, iż
Bóg jest dobry i wszechmocny. Skoro jest dobry i wszechmocny to winien nie
pozwalać na cierpienie, które jest złem. Skoro cierpienie jest obecne na tym
świecie to albo Bóg nie może być dobry albo Bóg nie może być wszechmocny.
Pomysł, że Bóg miałby być zły jest sam w sobie sprzecznością
– istota najdoskonalsza i najwspanialsza nie może być zła, bo zło nie stwarza (nie
tworzy tylko burzy) i nie jest piękne.
Pomysł, że Bóg miałby nie być wszechmocny także jest trudny
do przyjęcia, taki Bóg nie byłby Bogiem. Tego typu myślenie może prowadzić do
ateizmu lub politeizmu – może i są jakieś byty obdarzone większą od nas mocą,
jakieś duchowe energie, ale nie ma istoty najwyższej, źródła i celu wszystkiego
co istnieje.
Myślę, że chrześcijaństwo rozwiązuje ten dylemat w bardzo
oryginalny sposób: Bóg jest dobry, jest Miłością. Jednocześnie Bóg jest
wszechmocny, ale ponieważ nas umiłował stał się dla nas słaby, ograniczył swoją
wszechmoc by uszanować naszą wolność. A my żeśmy wybrali, że bardziej od Bożej
miłości jesteśmy zainteresowani poznaniem. Chcieliśmy poznać i dobro i zło. I jesteśmy
na świecie gdzie jest obecne i dobro i zło. Możemy doświadczać jednego i
drugiego.
To nie tłumaczy wszystkiego. To nie wyjaśnia dlaczego starszy pan doznaje cudu
uzdrowienia na jakiejś mszy z modlitwą, a jednocześnie w szpitalu umiera na
raka niewinne dziecko. To nie czyni
wszystkiego jasnym, ale dla mnie ta myśl jest jak światełko w tunelu. Bóg stał
się człowiekiem – On już tak ma, że w swej wszechmocy dla nas staje się słaby.
Jest tak wszechmocny, że może i to, by stać się słabym. Bliskość z nami i uszanowanie naszej wolności jest dla Niego ważniejsze niż likwidacja cierpienia. Pewnie też dlatego, że ostatecznie On zlikwiduje cierpienie, otrze nasze łzy, tylko nie zawsze tak szybko jakbyśmy chcieli. No ale to ostatnie to już tajemnica. Nie wiemy dlaczego w konkretnych przypadkach jest tak, jak jest, i rzeczywiście zamiast pytać: "czemu?" lepiej skorzystać z zaoferowanej nam Bożej bliskości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz