czwartek, 8 marca 2012

Kochać siebie – cóż to znaczy dla chrześcijanina? Z tego co czytałam – pewnie mało tego było i niezbyt reprezentatywne – wydaje mi się, że dawniej chrześcijanie rozumieli to tak, że kochać trzeba swoją duszę. Człowiek jest z natury skupiony na zaspokajaniu potrzeb i zachcianek ciała (w rozumieniu nie tylko sfery fizycznej ale też psychicznej). Gdy staramy się odwrócić od ciągłego zajęcia tymże ciałem w kierunku duszy to ustawiamy wszystko we właściwej hierarchii, o ciele i tak całkiem nie zapomnimy bo to nierealne, ale nie ono jest na pierwszym miejscu. Miłość siebie oznacza więc miłość duszy, a Bóg był nawet nazwany „miłośnikiem dusz”. Kochać swoją duszę to dbać o aspekt wewnętrzny życia i postępować zgodne z wymogami moralnymi, a to oznacza często zapieranie się siebie. Trzeba przezwyciężać swe lenistwo, bylejakość, dążenie do sukcesu i łatwego życia bez względu na moralne koszty. Gdy tak to rozumiemy jasne stają się dla nas fragmenty z Pisma mówiące o konieczności umierania sobie – kto przyjmie śmierć ten znajdzie życie. Odrzucenie swych zachcianek jest jakimś wejściem w rezygnację, a więc w umieranie, a to czyni się w tym celu by otworzyć się na zupełnie inny wymiar życia.
Tymczasem współczesny chrześcijanin styka się z wszechobecnym wezwaniem do miłowania swego ciała. I nie mówię tu tylko o świecie mediów, o świecie świeckim. To wezwanie jest obecne w Kościele. Mówi się wprost, że jeśli nie umiemy kochać siebie (i nie rozumie się pod tym pojęciem tylko duszy) to nie będziemy umieli kochać bliźnich. Zachęca się do dbania o swój wygląd, swój „image” (słowo próżność wyleciało z kaznodziejskiego słownika) oraz do dbania o swe potrzeby psychiczne. Zwłaszcza te drugie zdają się stanowić najważniejszy element życia – bez przerwy analizujemy jak się czujemy, co czujemy i co powinniśmy zrobić by czuć się lepiej, bo jak się w końcu tak super poczujemy to będziemy umieć bezproblemowo kochać innych ludzi. Jest sporo chrześcijańskiej literatury na ten temat. Ciągle słychać pytania o to czy dostatecznie doceniamy swoją wartość, czy się realizujemy, czy mamy pasje i zainteresowania, czy aby nie za bardzo skupiamy się na innych bo żyć mamy przede wszystkim dla siebie, bo swej wartości i spełnienia nie wolno szukać w innych, a tylko w sobie. To wszystko jest takie mądre i mądrze uzasadnione, nie tylko psychologicznie bo znaleziono też w Słowie Bożym fragmenty potwierdzające tą wielką wartość kochania siebie, ale jedno mnie nurtuje. Brak mi syntezy z dotychczasowym nauczaniem Kościoła, brak mi jakiejś jednolitej linii nauczania pozwalającej zrozumieć jak z chrześcijańskiego punktu widzenia winniśmy siebie traktować, brak mi dobrych kazań, których autorzy nie popadaliby w skrajności i uczyli realnej mądrości. Co znaczy kochać siebie to dla chrześcijanina bardzo trudne pytanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz