Kochać siebie – cóż to znaczy dla chrześcijanina? Z tego co
czytałam – pewnie mało tego było i niezbyt reprezentatywne – wydaje mi się, że
dawniej chrześcijanie rozumieli to tak, że kochać trzeba swoją duszę. Człowiek jest
z natury skupiony na zaspokajaniu potrzeb i zachcianek ciała (w rozumieniu nie
tylko sfery fizycznej ale też psychicznej). Gdy staramy się odwrócić od ciągłego
zajęcia tymże ciałem w kierunku duszy to ustawiamy wszystko we właściwej
hierarchii, o ciele i tak całkiem nie zapomnimy bo to nierealne, ale nie ono jest
na pierwszym miejscu. Miłość siebie oznacza więc miłość duszy, a Bóg był nawet nazwany
„miłośnikiem dusz”. Kochać swoją duszę to dbać o aspekt wewnętrzny życia i
postępować zgodne z wymogami moralnymi, a to oznacza często zapieranie się
siebie. Trzeba przezwyciężać swe lenistwo, bylejakość, dążenie do sukcesu i
łatwego życia bez względu na moralne koszty. Gdy tak to rozumiemy jasne stają
się dla nas fragmenty z Pisma mówiące o konieczności umierania sobie – kto przyjmie
śmierć ten znajdzie życie. Odrzucenie swych zachcianek jest jakimś wejściem w
rezygnację, a więc w umieranie, a to czyni się w tym celu by otworzyć się na
zupełnie inny wymiar życia.
Tymczasem współczesny chrześcijanin styka się z wszechobecnym
wezwaniem do miłowania swego ciała. I nie mówię tu tylko o świecie mediów, o
świecie świeckim. To wezwanie jest obecne w Kościele. Mówi się wprost, że jeśli
nie umiemy kochać siebie (i nie rozumie się pod tym pojęciem tylko duszy) to
nie będziemy umieli kochać bliźnich. Zachęca się do dbania o swój wygląd, swój „image”
(słowo próżność wyleciało z kaznodziejskiego słownika) oraz do dbania o swe
potrzeby psychiczne. Zwłaszcza te drugie zdają się stanowić najważniejszy
element życia – bez przerwy analizujemy jak się czujemy, co czujemy i co
powinniśmy zrobić by czuć się lepiej, bo jak się w końcu tak super poczujemy to
będziemy umieć bezproblemowo kochać innych ludzi. Jest sporo chrześcijańskiej
literatury na ten temat. Ciągle słychać pytania o to czy dostatecznie doceniamy
swoją wartość, czy się realizujemy, czy mamy pasje i zainteresowania, czy aby
nie za bardzo skupiamy się na innych bo żyć mamy przede wszystkim dla siebie,
bo swej wartości i spełnienia nie wolno szukać w innych, a tylko w sobie. To
wszystko jest takie mądre i mądrze uzasadnione, nie tylko psychologicznie bo
znaleziono też w Słowie Bożym fragmenty potwierdzające tą wielką wartość
kochania siebie, ale jedno mnie nurtuje. Brak mi syntezy z dotychczasowym
nauczaniem Kościoła, brak mi jakiejś jednolitej linii nauczania pozwalającej zrozumieć
jak z chrześcijańskiego punktu widzenia winniśmy siebie traktować, brak mi
dobrych kazań, których autorzy nie popadaliby w skrajności i uczyli realnej
mądrości. Co znaczy kochać siebie to dla chrześcijanina bardzo trudne pytanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz