niedziela, 29 grudnia 2013

Zranienie

Fejsbuk mnie pyta: o czym teraz myslisz?
O tym, że byłam głupia
bo wierzyłam, iż mam przyjaźń dozgonną
bo miałam nadzieję na znalezienie wyjścia z każdej sytuacji
bo sądziłam, że Miłość nie zawiedzie
Uczepiłam się tej Miłości pragnąc by mnie uratowała
szukałam, czytałam, czekałam
sama zostałam
bezradna
w ciemności
i nie umiejąca dalej nie wierzyć
nie umiejąca nie mieć nadziei
nie umiejąca nie kochać
nie umiejąca nie cierpieć
jak długo jeszcze Panie?
jak długo życie będzie mi krzyczeć żem głupia?
jak długo będziesz zwlekał?
Czy mnie jeszcze uratujesz?
Czy dasz mi tu na ziemi
zaznać przyjaźni, sensu, celu?
Czy do końca życia będę
znakiem zapytania?
Czy moja droga dobra jest czy zła?
Czy coraz bardziej kocham?
Czy może to już jest nienawiść?
Gniew rozwalający wszystko dookoła
Żądza mająca dość niezaspokojeń
Piekło samotności
Panie, wejrzyj na mnie
gdy będziesz zakładał swoje królestwo
wśród tych, których pokochałam

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Modliwa

Jest czymś bardzo naturalnym. Czy to oznacza, że nie potrzebuje żadnych formuł? Wręcz przeciwnie, nawet oddychanie dzieje się w ustalonym rytmie i w ustalony sposób i zgodnie z prawami fizyki i chemii.
Zalety Koty i życie wspólnoty

Moja mama uważa, że zaletą trzymania kota jest to, że muchy wyłapie....no i moja Kota podarła jej firanki. U mnie nie ma co drzeć, ale łapie na balkonie jakieś żuczki i mi to do domu przynosi, wypluwa i czeka aż zacznie bombowiec taki po mieszkaniu latać, wtedy znów będzie miała co łapać. Ja nie sądziłam, że dzięki niej będzie mi wzrastać, a nie maleć, liczba owadów latających po domu, szczyt wszystkiego.

Życie jest słodko-kwaśne. Z jednej strony miękkie, z drugiej drapie i gryzie. Jeśli człowiek traci to, co jest mu drogie, zdaje mu się jakby część z niego umierała. Ten czy inny specjalista od życia duchowego może rzec, że dobrze się dzieje, gdy człek tak umiera, bo to część procesu oczyszczenia, dzięki któremu będzie mógł żyć pełniej. Pusty będzie mógł zostać napełniony nowym życiem - Bożym. Marcin Gajda śpiewa o tym: "o przyspiesz, przyspiesz moją śmierć". Co racja, to racja - lepiej się krócej męczyć niż dłużej ;-). Ale w jakimś nauczaniu napomknął też, że inną rzeczą jest stracić kogoś bliskiego. No właśnie, co jeśli tracisz bliskich, jeśli odchodzą, jeden za drugim, nie w zaświaty, ale tak coraz dalej i dalej ... wraz z tym umieraniem dla siebie, z tym ogołacaniem, można utracić nadzieję, można utracić siłę do życia, bo nie czarujmy się: Bóg działa poprzez ludzi, gdy brakuje nam miłości ludzkiej, tego ciepła bycia razem, intymnych rozmów, wspólnych planów, to samo tkwienie przed jakimś świętym obrazkiem nie wystarcza - trzeba niezłej świętości, wprost heroicznej, albo szczególnej łaski, by rzec: "Bóg sam wystarczy". Raczej chcemy ufać, że On się zatroszczy o nas i zabierając kogoś bliskiego da inne relacje, a nie że zostawi nas przed obrazkiem. A co jeśli zostajemy sami przed obrazkiem, czy to z własnej winy, czy bez winy, ale odczuwamy, że Bóg musi nam wystarczyć, bo nic innego nie ma ... i On nie wystarcza, co wtedy? Bóg nie wystarcza - toż to herezja!!! Powiem więc dokładniej: On sam człowiekowi wystarcza, ale tu na ziemi nie jesteśmy tak blisko Niego, by w swej ludzkiej niedoskonałości i postrzeganiu świata jednak poprzez zmysły fizyczne, zaspokoiła nasze potrzeby Istota Duchowa - Bóg jest Duchem. Bóg nas zaspokaja, ale rękami innych ludzi, czyni nas nawzajem odpowiedzialnymi za siebie.

Uważam, że główną słabością chrześcijaństwa europejskiego jest słabość wspólnoty. Bóg udziela się we wspólnocie, działa przez innych dając nam Siebie w innych, działa w nas dając Siebie innym poprzez nas. Jak chrześcijanin zostaje sam to jest to jakieś nienaturalne, nie Biblijne. A czy przeciętny chrześcijanin w naszym kraju może liczyć na swoją wspólnotę? Gdy np. traci pracę czy liczy na to, że inni wierzący z jego parafii przejmą się tym i będą pomagać mu szukać i podzielą się swoim majątkiem, by przeżył? Parafia raczej jest postrzegana jako market usług religijnych i nawet tam, gdzie rozwija się życie wspólnotowe, gdzie jest sporo jakichś grup, stowarzyszeń, to często nie można liczyć na siebie nawzajem, bo wprost nie oczekujemy tego, by nasza wspólnota była nam wsparciem. Mamy z reguły jakichś bliskich, jakieś rodziny czy przyjaźnie, ale gdy bliscy odchodzą ... obrazek Jezusa Miłosiernego i przed nim siedź ... cóż, modlitwa ma wielką moc, a Pan sam zna braki naszego ziemskiego Kościoła, On wszystko wie.

niedziela, 23 czerwca 2013

Modlitwa

To wyraz relacji. Jest relacja - jest rozmowa. Nie ma relacji - nie ma rozmowy.


Kapłan - ksiądz

W języku polskim to samo, no może to pierwsze brzmi ładniej, wyraża większy szacunek, jakąś tajemnicę, a to drugie jest bardziej przyziemne, bardziej odnoszące się do funkcji. Ale to pierwsze odnosi się do wszystkich chrześcijan próbujących żyć swoim chrześcijaństwem, a to drugie odnosi się wyłącznie do tych chrześcijan, którzy zostali namaszczeni do wyjątkowej posługi przewodniczenia Kościołowi w trakcie sprawowania Najświętszej Ofiary i innych sakramentów.

I tu mamy problem, bo praktyka parafialna zdaje się daleka od uznania, że kapłaństwo przynależy całemu ludowi, a nie szczególnie wybranym. Tymczasem wszyscy jesteśmy powołani do składania Bogu duchowej ofiary, wszyscy jesteśmy powołani by użyć naszej wolnej woli i powiedzieć Bogu "tak", oddając się w Jego Ojcowskie ręce, powierzając Mu nasze dusze i ciała, czyniąc z siebie dar, stając się sługami będącymi do Jego dyspozycji, by nas używał tak, jak zechce. Jezus oddał nam się cały, dał nam Siebie na pokarm, i my jesteśmy powołani, by każdego dnia coraz głębiej wchodzić w nowe życie, Jego życie, bo oddając mu swoje życie przyjmujemy Jego życie. Wymiana darów, ofiara, spełnia się w Eucharystii, spełnia się też w życiu, spełnia się w każdym ochrzczonym, który przyjął świadomie fakt swego zanurzenia w Jezusowej śmierci ku zmartwychwstaniu.

Wielu świeckich nie jest świadomych swej godności ani powołania. I mnie osobiście to boli, i noszę często w sobie taki smutek, że za mało o tym się mówi, że omija się ten temat. Ludzie modlą się o "powołania do służby Bożej", o "świętość kapłanów" i odnoszą te prośby wyłącznie do księży, nie widząc, że tak samo winni się modlić za siebie. Ktoś mógłby rzec: Kaśka, czepiasz się słów, no jak to inaczej wyrazić, tak brzmi najładniej, tak się tradycyjnie mówi, przecież wiadomo o co chodzi. Ale właśnie nie wiadomo, a nasz język wyraża wielowiekowe zaniedbania w formacji świeckich, nasz język -to, że brakuje w nim odpowiednich zwrotów, słów - wyraża fakt, że zrzuciliśmy cały ciężar naszego chrześcijaństwa na księży.

Iluż ludzi jest zgorszonych bo ten czy inny ksiądz okazał się grzesznikiem - a czy Ty, tak strasznie zgorszony chrześcijaninie, nie jesteś grzesznikiem? Jak ksiądz jest charyzmatyczną osobowością kwitnie życie w parafii, jak jest cichym szaraczkiem, ludzie marudzą, że się nic nie dzieje - a czy Ty, tak niezadowolony chrześcijaninie, nie powinieneś otworzyć się na dary Ducha Świętego? Jak ksiądz wierzący to my będziemy wierzyć, a jak ksiądz będzie przeżywał kryzys wiary to my ją stracimy? Księża mają nas dźwigać będąc odpowiedzialnymi za wiarę każdego z nas? A my możemy spokojnie zrzucać całą odpowiedzialność za swoją bylejakość na nich! Czy tak?

Większość świeckich czuje się takimi owcami, które wymagają bezustannego czuwania pasterza, by głupie gdzieś nie polazły w krzaki. Czy złe jest to odczucie? Gdy jest prawdziwą pokorą, a pasterz jest Pasterzem - Jezusem Chrystusem, a ksiądz w parafii Jego pomocnikiem, duchowym towarzyszem, przewodnikiem, to myślę, że to jak najbardziej właściwa postawa. Jeśli jednak wynika z pełnego kompleksów umycia rąk od odpowiedzialności za siebie to jest to jak najbardziej zła postawa. Ta druga postawa jest niesłychanie wygodna dla mało odpowiedzialnych księży. Wygodnie mieć władzę dusz, dyktować ludziom co mają myśleć, robić i jeszcze w zamian otrzymywać bezustanne wyrazy uznania i wdzięczności. Dużo trudniej jest uczyć ludzi myślenia, rozeznawania, decydowania...a nawet mylenia się i zawracania ze źle obranej drogi. A co jeśli taki wszechwiedzący i wszechodpowiedzialny ksiądz okaże się jednak tylko tym, czym jest w istocie, słabym człowiekiem potrzebującym Pasterza, grzesznikiem? Ooo jakież wtedy jest zgorszenie, ileż owiec się rozprasza, ileż zawodu, bólu, zła. I oczywiście to wyłącznie ten ksiądz jest winien. Czy aby na pewno?

Czasem chce mi się krzyczeć: ludzie dorośnijcie, przestańcie wisieć całym swym ciężarem na tych nielicznych wybranych spośród Was, by Wam służyli, weźcie odpowiedzialność za swoją wiarę, za swoje życie duchowe, a jak będziecie mieć wątpliwości, problemy, kryzysy wtedy idźcie do swoich księży. A jak będzie Was rozpierać radość pociechy w Duchu Świętym to stańcie się wsparciem dla Waszych księży, którzy jak Wy są w drodze, miewają trudne dni, swoje problemy, niezaspokojenia, lęki. Oni zostali powołani by Wam służyć, ale przede wszystkim służyć Chrystusem - w Chrystusie, przez Chrystusa. A więc aby Wam dawać Chrystusa poprzez sakramenty i być dla Was kierownikami duchowymi. Oni nie zostali powołani do tego, by niemal wbrew Waszej woli wziąć Was na ręce i zanieść do Boga. I jak widzicie, że tego Boga jest mało w Waszym życiu to nie obwiniajcie księdza, że nie dał rady na siłę Was do Boga przytargać.

A kochanym księżom rzekłabym: spokojniej, nie czujcie się za wszystko odpowiedzialni, dajcie świeckim wolność szukania i znajdowania Boga, nawet jak czasem pobłądzą zaufajcie, naprowadzajcie na drogę a nie ciągnijcie po niej, nie wykańczajcie się psychicznie i fizycznie usiłując kontrolować wszystko, co dzieje się w Waszej parafii, by po latach takiej posługi ostatecznie brnąć w bylejakość - z braku sił, z wewnętrznego wypalenia i depresji. Jesteście ludźmi a nie nadludźmi i wasza moc w słabości ma się doskonalić, a bycie zawsze silnym, zawsze wiernym, zawsze wspaniałym, zawsze na zawołanie.......odłóżcie na potem, jak Bóg da. Zadbajcie o własną relację z Bogiem, a nie o relację wszystkich dookoła z pominięciem siebie, uwierzcie, że nie jesteście pośrednikami między Bogiem a ludźmi, jak to było w Starym Testamencie, teraz jest jeden Pośrednik - Chrystus. Uwierzcie, że On jest i działa w duszach ludzi świeckich. Oczywiście w to wierzycie, ale czy Wasze postawy życiowe tą wiarę potwierdzają?

wtorek, 8 stycznia 2013

Na złość Bogu nie będę szczęśliwa


Kiedyś rzekłam: „na złość Bogu nie będę szczęśliwa”. Co chciałam przez to powiedzieć? Był to wyraz świadomości moich wielkich pragnień, marzeń, planów. A szczęście przy Bogu to nie jest szczęście polegające na zrealizowaniu wszelkich ludzkich pragnień, marzeń i planów. Szczęście jakie oferuje chrześcijaństwo to szczęście mozolnie odkopywane w głębinie ludzkiego serca. Szczęście w chrześcijaństwie to coraz głębsze życie miłością, a to często bywa związane z rezygnacją z realizacji swych przyziemnych pragnień, marzeń i planów, z rezygnacją dla miłości do swej duszy, dla miłości do swego ciała, dla miłości do bliskich, do wszelkich bliźnich i tej najtrudniejszej - do Boga. Ja doskonale widziałam tę różnicę pomiędzy szczęściem jakiego sobie w życiu życzyłam a szczęściem jakie Bóg mi oferował. Jednocześnie wiedziałam, że uzyskanie tego szczęścia jakiego sobie życzyłam zależy w dużej mierze od Boga, bo On może mieć wpływ na mój los, na tę serię przypadków, które mogą dzięki Niemu nie być przypadkami ale drogą. Oczywiście poprzez swoje decyzje i pracę człowiek sam też kształtuje swe życie, nie umniejszam tego, ale by móc podejmować właściwe decyzje potrzebne jest dobre rozeznanie w tym jakie decyzje realnie nam się przysłużą i natchnienie od Ducha Świętego jest tu niezmiernie przydatne. A jednocześnie by pracować trzeba mieć zdrowie, siły, nie tylko te zewnętrzne ale te wewnątrz nas – no i znów bez Bożego błogosławieństwa, wsparcia, ani rusz. Wiedziałam więc, że moje ludzkie szczęście zależy od Boga. A skoro nie miałam go tyle, ile chciałam, to czułam się nieszczęśliwa. Odrzucenie postawy bycia nieszczęśliwą wiązało się z przyjęciem Bożej koncepcji szczęścia, z odrzuceniem mrzonek, że tu, na tym świecie, do końca spełnię swe wielkie plany, aspiracje itd.; wiązało się z takim rozpoczęciem poszukiwania szczęścia gdzie indziej niż odruchowo chciałam je znaleźć. Jakże się przed tym buntowałam. I w swej szczerości – bo w sprawach duchowych zawsze byłam szczera i dość świadoma swych postaw – orzekłam: „na złość Bogu nie będę szczęśliwa”. To było dawno temu.