WIELKA SOBOTA
Po jutrzni uklęknęłam przed Najświętszym Sakramentem i
jeszcze raz dotknęłam swym malutkim rozumkiem co oznacza miłość Boga. Aby to napisać
muszę zacząć od opisania ludzkiej kondycji.
Otóż gdy doświadczam jakiegoś poważnego braku miłości ze
strony bliźnich to automatycznie odbiera mi to zdolność kochania. Nadal mogę
miłować wolą, dobrze życzyć, modlić się za osobę, która mnie zraniła, ale
jednocześnie nie mogę już jej kochać tzn. w każdym spotkaniu darzyć ciepłymi
uczuciami, w sposób naturalny reagować radością na jej widok, chcieć z nią
spędzać czas itd. Jestem więc wewnętrznie rozbita, moja wola może chcieć dobrze,
ale moje emocje potrzebują czasu, potrzebują ukojenia, potrzebują zadośćuczynienia
(choćby w formie jakiegoś dobrego słowa ku mnie skierowanego). Gdy tego
ukojenia nie otrzymują to wiją się w bólu i nie ma we mnie spokoju, a za to jest
skrywany żal. Tak łatwo wtedy o oskarżenia względem bliźniego-czasem nie
koniecznie tego, który zranił – a potem o niszczące poczucie winy. To jest
takie ludzkie. Nie jesteśmy jednością, grzech sprawia, że jesteśmy jakby
rozbici. Nasze emocje są całkiem naturalne i starają się uchronić nas przed
kolejnym zranieniem. Nie otworzę się już przed drugą osobą, nie powierzę jej
już swych sekretów, nie zaufam tak dziecięco jak to było możliwe przed
zranieniem. Cierpienie zadane przez drugiego człowieka nas niszczy, zniewala.
A teraz spojrzenie na Jezusa, w Nim jest jedność, w Nim nie
ma „tak” i „nie”, w Nim miłość jest absolutna bo On tłumaczy swoich oprawców („nie
wiedzą co czynią”) i nie ma zamiaru nic wypominać („jeszcze dziś ze mną
będziesz w raju”). Powierza się do końca ludziom oddając ducha Ojcu, katują Go
a On się powierza wciąż ufny jak dziecko… jak baranek na rzeź prowadzony. Wie,
że zakatują Go na śmierć, cierpi, a nie ustaje w oddawaniu Siebie. Może
(przecież był do końca człowiekiem) i u Niego emocje chciały krzyczeć „nie”,
ale On tak przekształcił, tak przeistoczył człowieczeństwo, że patrzył
życzliwie na tych, którzy patrzyli na Niego z nienawiścią. Każdy kogo spotkał
kiedyś wzrok pełen nienawiści, a czasem tylko obojętności, wie że taki wzrok
potrafi wryć się w pamięć, potrafi wzbudzić lęk albo agresję, potrafi niszczyć.
Jaką miłość trzeba w sobie mieć by ofiarować Siebie takiej osobie! A przecież
On to zrobił, przeżywał swą mękę jako ofiarę za tych, którzy Go katowali, pozwalał
się męczyć – oddawał się w nasze ręce – w ten sposób oddając się Ojcu-bo wolą
Ojca jest miłość i tylko miłość.
Przyjęcie Jezusa to przyjęcie Jego człowieczeństwa, nie chcę
już być człowiekiem według swoich kryteriów i wyobrażeń, ale człowiekiem jakim
On mnie zechce uczynić. Czy to nie jest przerażające? Czy ciarki nie przechodzą
po plecach, że i my powołani jesteśmy do miłości nieprzyjaciół, że mamy jak ten
baranek ufać, wciąż się otwierać, dzielić….
A jak przy tym nie zostać po prostu tzw. ofiarą losu? Jak
przy tym zachować swoje granice? Myślę, że jeśli sami postanowimy sobie być
doskonali to może nam z tego wyjść choroba psychiczna, ale On wie jak nas
przemieniać w siebie, jak doprowadzić do tego by nawet stawianie innym granic
było wyrazem miłości do nich, a nie lęku o siebie, jak doprowadzić do oddania
się w ręce Ojca. Kto zdąży to osiągnąć za życia to po śmierci pójdzie prosto do
nieba. Na szczęście Kościół Katolicki naucza, że istnieje czyściec dla tych,
którzy nie zdążą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz