Posłuszeństwo często nie kojarzy się z czymś dającym
szczęście, wyzwalającym, radosnym. Kojarzy się raczej z obowiązkiem, trudem,
rezygnacją.
Może wpływa na to fakt jak wygląda w człowieczej wersji
ojcostwo. Ojciec musi być autorytetem, musi dbać o utrzymanie rodziny, musi
cechować się pewną męską konsekwencją. A każdy z nas gdy przestaje być
dzieckiem doświadcza potrzeby zaistnienia jako odrębna jednostka, potrzeby
oderwania się od rodziców, od myślenia jak rodzice, postępowania jak rodzice,
dążenia do tego, ku czemu dążą rodzice. Musimy rozsadzić system, w którym do
tej pory żyliśmy, by zbudować swoją tożsamość, by odpowiedzieć sobie na pytanie
kim jestem, kim chcę być. Chcąc nie chcąc istnieje w rozwoju człowieka etap,
gdy odczuwa silny wewnętrzny przymus, by złamać zasadę posłuszeństwa wobec
rodziców. W dojrzewanie wpisany jest konflikt z ojcem, który dąży do utrzymania
swojego autorytetu, swojej rodzicielskiej władzy. I takie jest zwykle nasze
doświadczenie ojcostwa. Chociaż w ostatnich czasach pewnie często bywa odwrotne:
ojciec gazeciarz, który zrezygnował ze swojego autorytetu, który nie ma
poglądów, który nie wymaga, przeciw któremu nie ma jak się zbuntować.
Ja czasem nie pojmuję czemu Bóg wszedł w ten schemat i
przedstawił nam się jako Ojciec. Nie przypiszemy Mu bycia gazeciarzem więc
chcąc nie chcąc przypisujemy Mu rolę strażnika moralności, apodyktycznego
autorytetu, z którym się nie dyskutuje, który ma wszelką władzę, a my jesteśmy
Mu winni posłuszeństwo.
Nie dziwne, że posłuszeństwo kojarzy się z przełamywaniem
siebie, swojego buntu, swoich nieuporządkowanych i często szalonych pragnień
oraz ze zdobywaniem pokory rozumianej jako uległość oraz rezygnacja z
samodzielnego myślenia. I znajdziemy mnóstwo wypowiedzi różnych świętych i
usłyszymy mnóstwo mądrych kazań, które zdają się kryć w sobie ten schemat.
Kaznodziei zdaje się, że pięknie mówi, a w młodym lub nie całkiem młodym człowieku
narasta bunt zmieszany z poczuciem winy i ta wybuchowa mieszanka skutecznie odsuwa
go od Boga.
Zadałam dziś sobie pytanie czym jest chrześcijańskie posłuszeństwo.
Skoro Słowo Boże mówi, że Chrystus nauczył się posłuszeństwa przez to, co
wycierpiał… brrrrrrrr.
Najpierw trzeba odpowiedzieć na pytanie co oznacza to słowo.
Pomyślałam sobie prosto: posłuszeństwo to przyjęcie czyjejś woli. Dokonuje się
ono z różnych motywacji: z lęku, z niepewności siebie (gdy nie wiemy czego
chcemy najłatwiej zrobić to, czego chce ktoś inny) oraz z zaufania. Może jest
więcej przyczyn przyjmowania tej postawy ale te trzy przyszły mi do głowy. I tak
sobie myślę, że Panu Bogu nie jest obojętne jaka jest motywacja mojego
posłuszeństwa. Dawniej (upraszczam - wiem, że nie tylko dawniej) wielu ludzi
starało się zrealizować posłuszeństwo poprzez skrupulatne wypełnianie przykazań
z powodu lęku przed potępieniem. Mądry święty Ignacy twierdził, ze taki powód
lepszy niż żaden. Obecnie (znów upraszczam) jest sporo chrześcijan, którzy
starają się realizować Bożą wolę dopóki jest to zgodne z ich odczuciami – tak przyjemnie
jest czuć się dobrym człowiekiem. Jednak bez głębokiej motywacji (a za jej brak
nie należy winić jedynie omawianych delikwentów) takie posłuszeństwo może skończyć
się z chwilą, gdy pojawi się silne uczucie np. zakochanie. Bardzo szybko to nowe
uczucie staje się ważniejsze od przykazań. Zostaje trzecia motywacja,
realizowana w sposób naturalny przez małe dzieci, a i to nie zawsze. Zaufanie.
Gdy mamy do kogoś zaufanie to łatwo nam czerpać z jego mądrości, chłoniemy jego
rady, bez jakichś rozterek, niemal automatycznie, przyjmujemy poglądy tej osoby.
Oczywiście mówię tu o zaufaniu do kogoś bardziej od nas doświadczonego, więcej
wiedzącego i rozumiejącego.
Jeśli wierzę, że Bóg jest tym, który pragnie dla
mnie dobra i tylko dobra, w którym jest wobec mnie miłość i tylko miłość, to
zaufanie wyrażone pragnieniem spełnienia Bożej woli zdaje się czymś zupełnie
naturalnym.
Jakże mała jest nasza wiara w miłość gdy Bożą wolą nazywamy tylko
jakieś trudne i bolesne doświadczenia z naszego życia.
Chrystus żyjąc jako człowiek nauczył się posłuszeństwa i
gdybyśmy dalej przeczytali w dosłownym tłumaczeniu „uczyniony dojrzałym stał
się dla wszystkich…”. My, ludzie skażeni grzechem braku zaufania, do
posłuszeństwa musimy dojrzeć, do przyjęcia postawy dziecka Bożego musimy się
zestarzeć, musimy przekroczyć swe bunty, znieść rozczarowania, nauczyć się
pokory. Więc rację mają kaznodzieje mówiący o trudzie posłuszeństwa …, o ile
nie zapomną powiedzieć najpierw o Miłości.



