Jak mówić o Bogu?
Większość z moich znajomych zastanawiała się, a czasem nadal
się zastanawia nad tym, jak to musiałam być poraniona, że ciągle zadaje tyle
pytań o Boga, że nie umiem tak po prostu uwierzyć i cieszyć się wiarą tylko wciąż
zadaję pytania i zastanawiam się.
Co oznacza być zbawionym? Czemu Jezus został zabity w tak okrutny
sposób? Po co żyjemy na tym świecie? Co oznacza być dobrym człowiekiem? I tak
dalej. I tak dalej.
Nie sądzę, że te mnożące się pytania są wynikiem jakiegoś
poranienia czy braku doświadczenia Boga. Sądzę, że winien jest tutaj mój
charakter i nasz kochany Kościół. Gdy słyszę jak kapłan w trakcie kazania mówi
ludziom jak to cierpienie może prowadzić do rozwoju, albo że powinniśmy przestrzegać
przykazań aby być szczęśliwymi to coś we mnie się skręca i skrzeczy. My, ludzie,
wciąż usiłujemy być adwokatami Pana Boga. Sądzimy, że usprawiedliwimy Go jak
wykażemy, że cierpienie jest potrzebne (wtedy zarzut, iż na nie pozwolił da się
odrzucić), albo usprawiedliwimy Go jak wykażemy, że niepowodzenia życiowe to skutek
braku wierności przykazaniom (i na dokładkę będziemy wtedy mogli się łudzić, że
jak będziemy w miarę grzeczni, to może nieszczęścia nas jakoś ominą).
A co na
to Bóg? Czy Bóg potrzebuje adwokatów? Czy my musimy Go
usprawiedliwiać? Sądzę, że tak naprawdę czynimy to dla siebie samych. My
potrzebujemy Boga, potrzebujemy Komuś ufać, więc walczymy by ocalić wizerunek
Boga w nas samych. I księża na kazaniach też to czynią. Choć rozumiem, że przykazania prowadzą do szczęścia, a Bóg nawet z cierpienia umie wyprowadzić dobro, to wzdragam się na
myśl, że miałabym komuś, kto cierpi, opowiadać, że dzięki temu będzie
dojrzalszy. Wzdragam się też przed głoszeniem obietnic jak to Bóg będzie tej osobie
pomagał jeśli ona Mu zaufa. Taką mnie Boże stworzyłeś to taką mnie masz. Te wszystkie „adwokackie”
kazania od zawsze tylko mnożyły moje pytania nie dając zadowalających
odpowiedzi. Powiedziałabym wręcz, że czasem ukazywały mi one raczej słabość
podstaw moich religijnych przekonań i bezsilność ludzi Kościoła w przekazywaniu
Ewangelii.
Dostałam od jednej z bliskich mi osób książeczkę o pisaniu
ciekawego bloga. Bardzo dziękuję, ale nie skorzystam z rad tam zawartych. Przeglądając zobaczyłam, że skupiają się one na tym, jak utrzymać uwagę jak
największej liczby czytelników i nie stać się nudnym. A ja nie piszę by przykuć
uwagę jak największej liczby czytelników, ja czuję potrzebę dzielenia się
swoimi pytaniami i tymi odpowiedziami jakie zostały mi dane. A jak ktoś będzie
miał potrzebę poczytania o tym, to może znajdzie coś dla siebie, może
skomentuje. Tak czy siak ten blog nie będzie zapisem wydarzeń z mego życia,
kochanym pamiętniczkiem czy jakąś formą ekshibicjonizmu sieciowego. Cenię
ludzi, którzy umieją ciekawie pisać, dobrze że to robią, ale ja nie będę
udawała dziennikarki bo nią nie jestem. Zasmuconych tym faktem z góry przepraszam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz