niedziela, 22 kwietnia 2012


Miłosierdzie Boże

Kiedyś usłyszałam definicję: miłosierdzie to miłość pochylająca się. My często traktujemy ten termin na zasadzie miłosierdzie = litość, a litość kojarzymy z czymś, czego raczej wolimy nie doświadczać. A to dlatego, że ludzka litość nas upokarza. Gdy potrzebujemy pomocy od innych czujemy się gorsi, bo jest w nas pycha karząca nam myśleć, iż powinniśmy umieć sobie radzić sami. W przypadku Pana Boga te odczucia są trochę inne, bo i tak wszystko mamy i jesteśmy dzięki Niemu, ale też nie są zbyt miłe. Miłosierdzie Boże kojarzy nam się głównie z sytuacjami gdy stajemy przed Bogiem jako winni, a On nam nasze winy odpuszcza (to, że nie czujemy się wtedy komfortowo jest oczywiście też wynikiem naszej pychy: wolimy czuć się „w porządku”, niż musieć przepraszać).

Zdumiała mnie definicja słowa miłosierdzie ze Słownika Teologii Biblijnej (który napisał Xavier Leon-Dufour). Miłosierdzie wg tej książki to jakby spotkanie współczucia z wiernością. Jedno z hebrajskich słów jakie my tłumaczymy terminem miłosierdzie jest związane z instynktownym (macierzyńskim) przywiązaniem jednego stworzenia do drugiego. Jest to pełna czułości miłość, która wyraża się w konkretnych aktach współczucia gdy pojawi się jakaś tragiczna sytuacja. Drugi termin przez nas tłumaczony tak samo wyraża relację istot powiązanych obopólną wiernością.

Miłosierdzie więc to nie tylko wzruszenie się czyimś przykrym losem i pomoc okazana z litości. Miłosierdzie ma w sobie coś matczynego i ojcowskiego, zdolność do czułości i zdolność do wierności. Dlaczego to takie ważne?

My czasem lubimy powtarzać, ze miłość to decyzja, że można kogoś nawet nie lubić (tak emocjonalnie), a jednocześnie po chrześcijańsku go miłować - która to miłość wyraża się w życzliwości, modlitwie za tę osobę, pomocy, gdy jej potrzeba. I gdy potem słyszę o Bogu, że jest miłością, to myślę: no tak, jest, ale ta miłość jest taka daleka ode mnie jak daleki jest krzyż od pocałunku, ta miłość jest tak niezrozumiała, tak nas przekraczająca, że aż obca.

Tymczasem myśl, że Bóg jest miłosierdziem jest dla mnie odkrywaniem, że On jest nie tylko wierny (antropomorfizując: nie lubię Cię, ale miłuję, bo już tak mam, tak muszę), ale też czuły, zdolny do współodczuwania z nami (nawet stał się człowiekiem i może żywić względem nas nasze ludzkie uczucia). Jego zawiązek ze mną jest jak instynktowa więź matki z dzieckiem (tyle, że silniejszy, bo „choćby Matka opuściła…”). Jednocześnie On jest nie tylko czuły (współcierpię z Tobą, jestem z Tobą, cierpisz więc i ja z Tobą pocierpię), ale też wierny (będę we wszystkim współdziałać dla Twego dobra, nawet z cierpienia wyciągnę dla Ciebie dobro, nie będę tylko płakał nad Tobą, ale Ci pomogę). Niezłe co?!

niedziela, 8 kwietnia 2012


Wielka Niedziela

Wszystkim moim bliskim i dalszym życzę doświadczenia cudu Niedzieli. 

Gdy w nocy patrzyłam na Pana Jezusa to mimo irytacji z różnych powodów i zamieszania panującego na kościelnym chórze czułam, że jest mi dobrze. I chyba o to chodzi, by było nam dobrze w obliczu Boga, by pomimo zamieszania jakiego życie nam nie szczędzi, móc odnaleźć odpoczynek, uspokojenie w Jego obecności, choćby ledwo przeczuwanej.

Wielka Noc – od kiedy pierwszy raz przeżyłam w pełni całe Triduum zawsze był to dla mnie czas święty, czas cudów. I zawsze starałam się jak najlepiej go przeżyć, przeżyć tak mocno, jak za tym pierwszym razem. I nie wychodziło mi. Przez tyle lat. A w tę Noc na nowo doświadczyłam cudu uświadomienia sobie Jego obecności.

I tego Wam życzę, bo każdy z nas potrzebuje dla siebie cudu, choćby tak delikatnego, a może właśnie tak delikatnego, jak łagodny powiew wiatru.

sobota, 7 kwietnia 2012


WIELKA SOBOTA

Po jutrzni uklęknęłam przed Najświętszym Sakramentem i jeszcze raz dotknęłam swym malutkim rozumkiem co oznacza miłość Boga. Aby to napisać muszę zacząć od opisania ludzkiej kondycji.

Otóż gdy doświadczam jakiegoś poważnego braku miłości ze strony bliźnich to automatycznie odbiera mi to zdolność kochania. Nadal mogę miłować wolą, dobrze życzyć, modlić się za osobę, która mnie zraniła, ale jednocześnie nie mogę już jej kochać tzn. w każdym spotkaniu darzyć ciepłymi uczuciami, w sposób naturalny reagować radością na jej widok, chcieć z nią spędzać czas itd. Jestem więc wewnętrznie rozbita, moja wola może chcieć dobrze, ale moje emocje potrzebują czasu, potrzebują ukojenia, potrzebują zadośćuczynienia (choćby w formie jakiegoś dobrego słowa ku mnie skierowanego). Gdy tego ukojenia nie otrzymują to wiją się w bólu i nie ma we mnie spokoju, a za to jest skrywany żal. Tak łatwo wtedy o oskarżenia względem bliźniego-czasem nie koniecznie tego, który zranił – a potem o niszczące poczucie winy. To jest takie ludzkie. Nie jesteśmy jednością, grzech sprawia, że jesteśmy jakby rozbici. Nasze emocje są całkiem naturalne i starają się uchronić nas przed kolejnym zranieniem. Nie otworzę się już przed drugą osobą, nie powierzę jej już swych sekretów, nie zaufam tak dziecięco jak to było możliwe przed zranieniem. Cierpienie zadane przez drugiego człowieka nas niszczy, zniewala.

A teraz spojrzenie na Jezusa, w Nim jest jedność, w Nim nie ma „tak” i „nie”, w Nim miłość jest absolutna bo On tłumaczy swoich oprawców („nie wiedzą co czynią”) i nie ma zamiaru nic wypominać („jeszcze dziś ze mną będziesz w raju”). Powierza się do końca ludziom oddając ducha Ojcu, katują Go a On się powierza wciąż ufny jak dziecko… jak baranek na rzeź prowadzony. Wie, że zakatują Go na śmierć, cierpi, a nie ustaje w oddawaniu Siebie. Może (przecież był do końca człowiekiem) i u Niego emocje chciały krzyczeć „nie”, ale On tak przekształcił, tak przeistoczył człowieczeństwo, że patrzył życzliwie na tych, którzy patrzyli na Niego z nienawiścią. Każdy kogo spotkał kiedyś wzrok pełen nienawiści, a czasem tylko obojętności, wie że taki wzrok potrafi wryć się w pamięć, potrafi wzbudzić lęk albo agresję, potrafi niszczyć. Jaką miłość trzeba w sobie mieć by ofiarować Siebie takiej osobie! A przecież On to zrobił, przeżywał swą mękę jako ofiarę za tych, którzy Go katowali, pozwalał się męczyć – oddawał się w nasze ręce – w ten sposób oddając się Ojcu-bo wolą Ojca jest miłość i tylko miłość.

Przyjęcie Jezusa to przyjęcie Jego człowieczeństwa, nie chcę już być człowiekiem według swoich kryteriów i wyobrażeń, ale człowiekiem jakim On mnie zechce uczynić. Czy to nie jest przerażające? Czy ciarki nie przechodzą po plecach, że i my powołani jesteśmy do miłości nieprzyjaciół, że mamy jak ten baranek ufać, wciąż się otwierać, dzielić….

A jak przy tym nie zostać po prostu tzw. ofiarą losu? Jak przy tym zachować swoje granice? Myślę, że jeśli sami postanowimy sobie być doskonali to może nam z tego wyjść choroba psychiczna, ale On wie jak nas przemieniać w siebie, jak doprowadzić do tego by nawet stawianie innym granic było wyrazem miłości do nich, a nie lęku o siebie, jak doprowadzić do oddania się w ręce Ojca. Kto zdąży to osiągnąć za życia to po śmierci pójdzie prosto do nieba. Na szczęście Kościół Katolicki naucza, że istnieje czyściec dla tych, którzy nie zdążą.