sobota, 3 maja 2014

Jest jedna miłość

Już chyba gdzieś, kiedyś, pisałam o tym, ale mam taką potrzebę, by zrobić to jeszcze raz. Mam intuicję (popartą wypowiedziami różniastych autorytetów), że miłość jest jedna, że nie da się oddzielić miłości do Boga, ludzi i siebie. Co przez to rozumiem? Ano fakt, że rozwijanie miłości do Boga powoduje wzrost miłości do ludzi i siebie, rozwijanie miłości do ludzi powoduje wzrost miłości do Boga i siebie, rozwijanie miłości do siebie powoduje wzrost miłości do Boga i ludzi. Tego się nie da rozdzielić. Miłość do Boga jest jednoznaczna z miłością do Jego stworzenia, gdy ktoś kocha Boga zaczyna kochać nie tylko ludzi, ale rośliny, zwierzaki, krajobraz - miłość ma w sobie samej tendencję do rozszerzania się, rozlewania na wszystko dookoła. Dlatego Słowo Boże zwraca uwagę, byśmy nie twierdzili, że kochamy Boga jeśli nie kochamy ludzi. Właściwie Bóg jako przedmiot naszej miłości to jest tą najbardziej ukrytą, podskórną miłością. Nie widzimy Go i raczej mamy problem z bezpośrednim Jego doświadczeniem (odczytujemy Jego obecność po znakach, po owocach), możemy mieć więc problem z kochaniem Boga jako Boga, do tego trzeba łaski wiary. Jednak kochając wszystko dookoła jakoś wchodzimy w miłowanie Jego nawet jeśli tej łaski nam brakuje. Taką perspektywę mamy dziś, po Soborze Watykańskim II. Stwierdzamy, że Bóg pragnie zbawić wszystkich, którzy starają się być dobrymi ludźmi, żyć w zgodzie z sumieniem, uczyć się na tej ziemi kochania, nawet jeśli nie znają imienia Jezus, nie są ochrzczeni itd. Wierzymy, że chociaż w ciągu życia tacy ludzie nie przyjęli Ewangelii, to wraz ze śmiercią Jezus da im się poznać i zaproponuje im zbawienie, a oni rozpoznają w Nim miłość, do której dążyli całe życie i wpadną w Jego ramiona. Wielu chrześcijan żyjących przed nami miało trochę inną perspektywę. Obawiano się, że jak ktoś nie poznał tu na ziemi zbawienia w Chrystusie to nie może Go doświadczyć. Takie myślenie wynikało z oddzielenia od siebie różnych typów miłości (do Boga, człowieka, siebie) - skoro ktoś na ziemi nie pokochał Boga to jak ma znaleźć tą miłość po śmierci? Nie dostrzegano konsekwencji faktu, że Bóg tak bardzo identyfikuje się z drugim człowiekiem, że miłość do człowieka staje się miłością do Boga.
Na razie to, co piszę, jest oczywiste, ale to tylko tło do tego, co chcę powiedzieć. W dawnej literaturze chrześcijańskiej roi się od stwierdzeń o odrzuceniu miłości ludzkiej, przede wszystkim miłości siebie, ze względu na miłość Boga. Idąc za ciosem - skoro Sobór Watykański II zmienił perspektywę - we współczesnej literaturze podkreśla się wagę tej ludzkiej miłości i to, by jej nie przeciwstawiać miłości Boga. Skreśla się przy tym jakąś intuicję zasad duchowego wzrostu (kultywowaną przez całe wieki), która podkreślała konieczność wyrzeczenia się miłości własnej. Tak, z miłością bliźniego to problemu nie ma, ale z miłością do siebie to jest. Dawniej podkreślano, że należy o sobie zapomnieć, dziś się podkreśla, że jeśli ktoś nie kocha siebie, to nie umie kochać bliźniego. W końcu: "miłuj bliźniego jak siebie samego". Więc psychologowie chrześcijańscy i kierownicy duchowi pytają swoich podopiecznych czy czasami nie nazbyt się poświęcają, czy o siebie dbają, czy siebie kochają, czasami staje się to ważniejsze od wszelkich innych miłości, bo tą miłość siebie widzi się jako pierwszą wobec wszystkich: skoro muszę pokochać siebie by kochać bliźniego, to najpierw muszę zająć się sobą, potem bliźnim, a Bóg na końcu sam się objawi.
Jak sobie te prądy myślowe obserwuję, to we mnie coś się burzy i coś mi nie pasuje, mam wręcz wrażenie, że świat staje nam na głowie!
No bo w przykazaniu nie ma trzech równych sobie części: miłuj Boga, miłuj bliźniego, miłuj siebie.  W przykazaniu są dwie części: miłuj Boga i miłuj bliźniego jak siebie. Przykazanie zakłada, że siebie to miłujemy z zasady, wiec jedyne na czym mamy się skupić to, by kochać Boga oraz by innych tak kochać, jak siebie z zasady miłujemy. Zastanawiałam się czy to prawda, że siebie miłujemy z zasady, bo może to kwestia innych czasów, w jakich zostało wypowiedziane przykazanie, stylu wypowiedzi, pewnej retoryki itp. Więc pozwoliłam sobie na zastanawianie się, ale nie mogę inaczej myśleć jak tak, że Słowo Boże ma tu racje. Kochamy siebie, do szaleństwa i bez wyjątków. Ktoś powie: no jak to? a nie miewasz uczuć, że masz siebie dość, że ciężko z sobą wytrzymać, że siebie nienawidzisz? albo: co z anorektykami? itp. Powiedziałabym, że te myśli o sobie, a nawet niszczące postępowanie względem siebie, to tylko obraz zranionej miłości. Czemu czasem mamy siebie dość? Bo chcielibyśmy być lepsi niż jesteśmy, osiągnąć szczyty, zrealizować swe aspiracje, błyskać jako te gwiazdy na firmamencie, a gdy to wszystko bierze w łep, to nie znosimy siebie, mamy pretensje, że nie dosięgliśmy tych wszystkich wyimaginowanych szczytów. Tylko skąd w ogóle takie pragnienia, skąd te aspiracje itd. jak nie z chorej miłości do siebie. Chcemy dla siebie cudów, chcemy siebie najcudowniejszymi, chcemy być najważniejsi, najlepsi, naj, naj, naj - czy to nie objaw miłości siebie? Nasza miłość jest poraniona i realizowana często w chory sposób, ale ona jest, jest instynktowna! I dlatego nie ma przykazania miłości do siebie, nie trzeba nam tego przykazywać.
Tak, jak wspomniałam, ta nasza miłość do siebie samych może być poraniona, chora, naznaczona grzechem. Więc sztab psychologów i kierowników duchowych usiłuje uleczyć te naszą miłość, namawia nas na traktowanie siebie łagodnie, z dobrocią, cierpliwością itd. Jest to oczywiście dobre, ale z założeniem, że nie zagalopujemy się w tym naprawianiu relacji z sobą do tego stopnia, by zapomnieć o innych. Jednocześnie przykazanie sugeruje nam inną terapię. Kochaj innych jak siebie więc...jeśli chcę być najważniejsza to trzeba tego samego zapragnąć dla jakiegoś bliźniego, no a jak zapragnę, by to on był najważniejszy, to przecież nie możemy być na raz tymi naj.....i bach, dochodzimy do właściwej perspektywy, że oboje jesteśmy ważni, a odkrycie możliwości zastąpienia rywalizacji wspólnotą daje radość. Albo inny przykład: jeśli chcę dla siebie poważania, uznania od innych, to mam znaleźć kogoś, kogo takim poważaniem i uznaniem obdarzę, a znajdując dobro w drugim człowieku zobaczę jakim wielkim darem jest on dla mnie, poczuję się obdarowana. Ten drugi przykład jest wyjątkowo dobry. Pomyślmy o kimś, kto nie lubi siebie za swoją apodyktyczność, za traktowanie innych z góry. Zamiast podjęcia (w ramach nauki miłości do siebie) pracy z psychologiem na temat jaką minę przybrać i jakich słów używać, by mnie ludzie odbierali jako osobę ciepłą i akceptującą, proponuję zobaczyć, że za apodyktycznością też kryje się olbrzymia miłość siebie i próbować tak kochać innych jak siebie - a więc robić wszystko by poczuli, że mogą mieć rację, że są ważni itd. Gdy zacznę tak ich traktować jak sama marzę, by mnie traktowano, to szybko zaznam, że sama czuję się lepiej przez nich przyjmowana i zacznę dostrzegać, że jestem warta poważania i jestem poważana. Nie będę musiała być apodyktyczna, by to wymusić. A więc miłość do innych ostatecznie sprawia, że doświadczam rozumnego ukochania siebie! Chcesz uleczyć swoją poranioną i grzeszną miłość do siebie - kochaj innych!
No dobra, ale skąd wziąć w sobie ten nakaz kochania innych, to nastawienie na kochanie innych wbrew swoim odruchom, by zamknąć się w sobie. To proste, z miłości do Boga. To On nas zapewnia, że miłość jako taka jest najgłębszym sensem istnienia, jest warta podjęcia i trud czy ofiara jakiej teraz wymaga zakończy się zwycięstwem, szczęściem, niebem. A więc skoro już mamy wybierać kolejność to miłość do Boga, a nie do siebie, jest tak na serio pierwszą z miłości jaka może nas uleczyć i doprowadzić do szczęścia. Więc mają rację teksty różnych duchowych mistrzów o wyrzeczeniu się miłości własnej, o zapomnieniu o sobie itp., itd. Bo taka jest najlepsza i najłatwiejsza droga do umiejętnego kochania siebie. Gdy przestanę kręcić się dookoła swojej osoby, a skupię się na innych prowadzona natchnieniem wynikającym z miłości Boga - to nie mogłabym sobie samej lepszego prezentu zgotować. Ludzie skupieni na innych nie grzęzną w negatywnych uczuciach, ani depresjach, ani poczuciu skrzywdzenia itp. No chyba, że służą innym tylko na zewnątrz, a nie robią tego dla Boga, tylko dla siebie, i w pewnym momencie, nie uzyskując w zamian tego, co sobie zaplanowali uzyskać, czują się zranieni, że tyle dali a nic z tego nie mają. Gdyby zaczęli od miłości do Boga to praca na rzecz innych byłaby dla nich wyłącznie szczęściem, a czyż można sobie coś więcej ofiarować niż szczęście! Dlatego myślę, że w codziennej praktyce warto wrócić do hierarchii miłości: najpierw jest ta Boża, potem ta do bliźniego, a ta do siebie to się sama z siebie zrealizuje; pamiętając cały czas, że miłość jedna jest.
Ja oczywiście nie neguje, że wiedza psychologiczna jest przydatna (a w pewnych przypadkach może nawet i konieczna) i na tym czy innym etapie warto ze sobą popracować, zwłaszcza jeśli ktoś ma problem, by siebie poznać, by zobaczyć w prawdzie jaki jest, ale taka praca ze sobą to winien być etap, a nie norma. Nie winniśmy żyć od jednego poradnika jak sobie radzić do drugiego poradnika jak rozwijać swe wieeeelkie możliwości, od jednej terapii do drugiej, od jednego kierownika duchowego do drugiego. Pewnego dnia w tym zapętleniu się dookoła siebie winniśmy zobaczyć, że to, co na serio uzdrawia, to wyjście poza krąg zajmowania się sobą. Z odwagą, z wiarą, że moje "ja" się od tego nie rozsypie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz