poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Nauczyłam się czegoś o miłosierdziu

Nie wiem czy dobrze myślę, ale przyszła mi wczoraj do głowy opowieść o tym jak Jezus dokonał rozmnożenia chleba. Dokonał go, bo uczniowie byli wrażliwymi i praktycznymi ludźmi i dostrzegli potrzebę działania. Tłumy przyszły słuchać Jezusa i ludziska tak się zasłuchali, że zapomnieli o swoich potrzebach. Wieczór się robił, a oni siedzieli na pustkowiu, coraz bardziej głodni. Słuchanie słuchaniem, ale jeść trzeba - uczniowie dostrzegli potrzebę i brak rozsądku zebranych ludzi. Jezu, przestań opowiadać o królestwie i trzymać ich tutaj, bo zapadnie zmrok i Ci ludzie pożałują, że przyszli Cię słuchać. Przypomnij im, że mają o siebie zadbać, że mają być za siebie odpowiedzialni, niech idą do wsi i nakupią żywności zanim będzie za późno. Praktyczność, rozsądek, dojrzałość, wzięcie życia w swoje ręce, dbanie o siebie i bliskich. Zdawałoby się, że uczniowie mają racje prosząc Jezusa, by zwrócił ludziom uwagę na potrzebę takiej dojrzałości, zamiast opowiadać o wymarzonym Królestwie.
A Jezus mówi: Wy dajcie im jeść. Widzicie potrzebę - zaradźcie jej. Nie każcie ludziom być dojrzałymi, odpowiedzialnymi za swoje życie, zapobiegliwymi, nie prawcie im teraz kazań tylko zaradźcie ich niedojrzałości, nieumiejętności przewidywania, że zaraz zrobi się ciemno i będzie źle, zaradźcie temu, że oni zasłuchani zapomnieli, że winni być odpowiedzialni za siebie.
Szaleńczy tekst: "Wy dajcie im jeść". Jak? Przecież mamy dwie zdechłe ryby, trochę chleba - dla nas za mało, co dopiero dla innych! Dajcie, co macie. Gdyby nie dali, nie dostrzegliby cudu, nie poznaliby Bożej mocy. Bóg nie wchodzi w nasze życie z cudami swego miłosierdzia, jeśli nie otworzymy bramy naszych serc. Jakby ogranicza swą moc nie chcąc dosłownie dokonać cudu-czyni go nie sam, ale przez ręce uczniów, czyni go dopiero wtedy, gdy uczniowie podejmują działanie. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że być może cud polegał na tym, że gdy uczniowie zaczęli rozdawać jedzenie, to wszyscy zebrani zaczęli wyciągać jakieś zapasy, które jednak ze sobą mieli, i też się dzielić. Może każdemu się wcześniej zdawało, że ma dla siebie za mało, ale jak zobaczył innych, którzy się dzielą, to on też czynił ten krok i w jakiś cudowny sposób okazało się, że mieli ze sobą aż za dużo.
Bóg unika łamania praw fizyki, by zrobić cud, czyni cuda w sercach. Bóg unika bezpośredniego działania na ludzką psychikę, czyni cud przez obecność drugiej osoby. Bóg jest miłosierny we wspólnocie, jakby ukrywając się w nas i pomiędzy nami, działając przez nas i pomiędzy nami. Bóg, nie wiem czemu, ale nie karmi głodnych, jeśli my ich nie karmimy. Jeśli nie podzielę się dwiema zdechłymi rybami jakie mam, to ktoś będzie przeze mnie głodny, nie wolno mi takiemu człowiekowi powiedzieć: ooooo, jesteś w potrzebie, dlaczego o siebie nie zadbałeś, powinieneś zrobić to czy siamto, a teraz to niech Bóg Ci pomoże.
To wczorajsze skojarzenie to przerażające odkrycie swej odpowiedzialności. Gdy ktoś jest w trudnej sytuacji najłatwiej przecież mu powiedzieć, by Boga poprosił o pomoc, a nie mnie: bo co ja mam?, przecież tylko dwie zdechłe ryby.
Łatwo powyśmiewać postawę w stylu: ktoś spotyka cierpiącą osobę i mówi jej: ooooo, świetnie że cierpisz - jesteś na najlepszej drodze do świętości! ooooo, to dobrze, że Ci źle - Bóg będzie miał okazję, by Ci okazać miłosierdzie!; ale jednocześnie nawet nie zauważać jak się taką samą postawę przyjmuje. Bo to najnaturalniejsza z postaw - przygnieceni ogromem ludzkiego bólu, jaki nas otacza, przygnieceni bezsilnością wobec cierpienia, na które nic nie możemy poradzić, nie widzimy, że mamy dwie zdechłe ryby, nie dostrzegamy tego, co mamy. To, co mamy, zdaje nam się takie nieadekwatne i byle jakie. Nie widzimy, że obecnością, ciepłym słowem, zapewnieniem o przyjaźni, uczynieniem drobnej przyjemności, ucieszeniem się na czyjś widok, albo słowem nadziei możemy pozwolić Bogu na cud, na rozmnożenie dwóch zdechłych ryb.
By być miłosiernym trzeba wiary, wiary w Boga, ale nie na zasadzie: to Boże coś z tym problemem zrób; trzeba wiary, że On już zrobił (skoro taką sytuację dopuścił), wiary że mam gdzieś za pazuchą dwie zdechłe ryby i to jest czas by się nimi podzielić. Czy ja tak robię? Czy ja dostrzegam swoje zdechłe ryby? Nie ma sensu pogrążać się w tych pytaniach, raczej trzeba prosić o łaskę, by Bóg zechciał moje serce tak użyźnić, bym choć od czasu do czasu znalazła w sobie dla kogoś rybkę i umiała się nią podzielić, bo tylko z tego będziemy na końcu sądzeni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz